niedziela, 5 lutego 2012

Tam, gdzie nie sięga sarkazm

Nagrodą za sesyjne trudy miała być dla mnie książka Michela Houellebecq'a "Mapa i terytorium". Okazało się, że ta książka jest nie tylko nagrodą, ale prawdziwą ucztą i wielkim przeżyciem, nie tak jednak, jak spodziewa się tego czytelnik. Ale od początku.

Wydawca informuje, o czym książka jest i to jest właściwie całkowite streszczenie fabuły. Gdybyśmy patrzyli na nią pod tym kątem, można by tę powieść zaliczyć niewątpliwie jako NUDNĄ.
Artysta Jed Martin jest człowiekiem niezbyt przystosowanym do życia w społeczeństwie. Właściwie to jest człowiekiem nijakim, niesionym jedynie przez prąd wydarzeń, a nie opierający się im. W pewnym etapie swojego życia poznaje Michela Houellebecq'a, znanego pisarza, typka dość dziwacznego, nieraz obleśnego, odludka jeszcze większego niż Jed. Ich znajomość, którą można nazwać zalążkiem przyjaźni, a jakiejś sympatii na pewno, zostaje przerwana przez brutalne morderstwo pisarza.
Po tych informacjach byłam niezwykle zaintrygowana, co ten świetny moim skromnym zdaniem pisarz wykombinował. Czy stworzył jeden z tak modnych obecnie kryminałów, przeplatając wątki , mówiąc ogólnie - natury egzystencjalnej, stawiając pytania o kondycję człowieka we współczesnym świecie z jednocześnie prowadzonym śledztwem przez wnikliwego detektywa? Pytania o kondycję człowieka - jak najbardziej. Wątek kryminalny - absolutnie nieatrakcyjny (w najlepszym znaczeniu tych słów!).
Ogólnie książkę tę uważam za... już nawet nie parodię. Jest tak sarkastyczna, że w każdym zdaniu Houellebecq zdaje się po prostu szydzić ze wszystkiego. Na pewno szydzi ze współczesnej sztuki i artystów. Z francuskiego społeczeństwa - nie jest to wątek zbyt zrozumiały dla obcokrajowca, ale można go porównać chyba do ujawnienia przez Tomasza Lisa w swym programie, że "kocha Dejwida"  - mniej więcej tego typu zdarzenia wymyśla pisarz dla francuskiej "elyty" i "celebrities". Szydzi też z konwencji kryminałów, które ukazują banalne działania policji z największym namaszczeniem. Szydzi też przede wszystkim z siebie i ze swojego statusu pisarza - gwiazdy. Robi to jednak tak dyskretnie, że sama nie wiem, czy nie mylę się w tych osądach.
Powiem szczerze, że jestem pełna podziwu dla talentu pisarza i jego nieskrępowanej niczym wyobraźni. To, jakie dzieła wychodzą spod pędzla Jeda jest... fascynujące! Oczywiście prześmiewcze, ale opisy prowadzi tak obrazowo, że zaczynają czytelnika nie tylko bawić, ale i przekonywać.

Nie powstrzymał się autor przed ponurą, typową dla siebie diagnozą współczesnego społeczeństwa. Życie jest niewiele warte, cokolwiek w sumie zrobimy. Ludzie to istoty dziwaczne, a niekiedy - przerażające.
A opis morderstwa pisarza jest tak przerażający, tak brutalny, ociekający niepotrzebnym okrucieństwem, że aż... groteskowy.
W tym sensie jest to książka naprawdę smutna.
Houellebecq generuje bardzo szczególnego bohatera w swych powieściach - który nie potrafi przysłowiowo "brać życia za rogi", mieć wpływ na swój los, wydarzenia, których jest uczestnikiem. Drażni mnie taki bohater  bardzo. Nie potrafi tworzyć i chronić żadnych relacji, nie potrafią tego też ludzie wokół niego. W zasadzie to, czy jest samotny czy nie, zależy od chwili, przypadku, jest obojętne. Niby drażni mnie taki bohater, ale... no właśnie. Ale w pewnym stopniu go lubię.

Polecam, gorąco polecam tę powieść i przestrzegam - nie kwalifikujmy jej jako nudnej. Nie urońmy z niej ani zdania. Zaprowadzi nas tam, gdzie już nawet sarkazm nie sięga.

czwartek, 26 stycznia 2012

"Hamlet" na deskach Siemaszkowej

Niemalże miesiąc minął od ostatniego wpisu na blogu, ale powody niemałe - albo się uczę, albo udaję, że się uczę:)

Tematem dzisiejszego posta będzie wizyta w Teatrze im. Siemaszkowej w Rzeszowie na Hamlecie, w reżyserii Steve'a Livermore'a. Ciekawi byliśmy (liczba mnoga sugeruje współtowarzyszy nieprzypadkowo) jak dramat szekspirowski potraktowany zostanie przez rzeszowskich artystów. No bo powiedzmy szczerze - "Siemaszkowa" nie ma na teatralnej mapie kraju szczególnej pozycji. Usłyszałam nawet ironiczne komentarze od osób mieszkających w Krakowie na ten temat, nawet wykładowcom z UR zdarza się ironizować (pamiętam, jak jeden Doktor wypowiadał się na temat wystawianego musicalu - w rzeszowskiej telewizji pojawiły się informacje o premierze, na którą aktorzy musieli nauczyć się dwudziestu czterech piosenek. Pan Doktor podniósł z namaszczeniem palec i powtórzył "DWU-DZIES-TU CZTE-RECH PIO-SE-NEK!!!").
Sztuka opowiada o Hamlecie, który... (hahaha "jaja se robię").
W każdym razie wydarzenie okazało się niemałe, bo i sztuka wzniosła. Miałam wielką przyjemność uczestniczyć w niedzielę na wykładzie o teatrze Kazimierza Dejmka, podczas którego jeden z obecnych aktorów powiedział, że Hamleta reżyser wystawia albo na początku swej reżyserskiej pracy, albo na końcu. Steve Livermore chyba jest na początku.
Spektakl okazał się dobry. Zacznę od aktorstwa - naprawdę fascynujący Hamlet, czyli Józef Hamkało. Oprócz warsztatu, który, moim skromnym zdaniem, okazał się na wysokim poziomie (nie wiem, czy czasami nie przesadzał w monologach, ale na czym polegała ta przesada chętniej podyskutowałabym z kimś, kto widział spektakl). Ma jednak ten aktor szczególne predyspozycje fizyczne - drobnej postury, niewysoki, okazał się człowiekiem bez wieku. Ze współtowarzyszami spieraliśmy się o to, ile może mieć lat - ja stwierdziłam, że może być zarówno trzydziesto, czterdziesto jak i pięśćdziesięciolatkiem. Współtowarzysze stwierdzili, że bzdura, że ma ok 35 lat. Proszę sobie wyobrazić, że Józef Hamkało ma lat 50. Była w nim jakaś magia, pasja, coś uroczego, ujmującego, a zarazem - niepokojącego. Tak, był taki, jaki Hamlet powinien być - poważny, melancholijny, ale i groteskowy z rozpaczy, szalony, ale precyzyjnie planujący wszystkie posunięcia.
Wspaniały Klaudiusz - trzymał poziom od początku, do końca. Co do Ofelii - nie jestem pewna. Uważam jej rolę za jedną z najcięższych emocjonalnie, czyli - najtrudniejszą aktorsko. Było w niej coś z "niewinnej kurwy", nie mogę jednak jednoznacznie ocenić jej gry, jakoś pomiędzy nią a Hamletem niewiele się działo, niby się kochali, ale czy ja w to wierzę?
Słaba Gertruda - nie taka powinna być, widziałam ją w dramacie jako wyrachowaną, niemalże pustą kobietę. W wydaniu Małgorzaty Machowskiej tak naprawdę nie wiadomo, o co jej chodzi.
Poloniusz - chyba moja ulubiona, zaraz oczywiście za Hamletem, kreacja aktorska wieczoru.

Steve Livermore ubrał dramat w nowe szaty. Aktorzy wystylizowani na estetykę lat dwudziestych XX w. wyglądali naprawdę ciekawie, tylko Hamlet pozostał człowiekiem "bez epoki" - jego strój był poza tą stylistyką, występuje nawet w jednej ze scen w bluzie z kapturem.
Bardzo podobała mi się asceza scenografii - praktycznie jej brak, wszystko jest umowne, formalne, liczy się człowiek, słowo, emocje (czyż nie za to kocha się teatr?). Warstwa muzyczna również dość ciekawa - chociaż trochę, mogłabym ryzykownie powiedzieć - postmodernistyczna - od rozpoczynającego ostrym, gitarowym brzmieniem po muzykę z lat dwudziestych.
Pojawiające się w spektaklu elementy komiczne były naprawdę dobrze przemyślane i widzowi potrzebne. Gdybym miała siedzieć na trwającym ponad 4 godziny (tak tak, cztery godziny) spektaklu tylko na emocjonalnym wdechu - mogłoby mnie to dość zmęczyć. Aktorzy - błaźni rozpoczynający "sztukę w sztuce", dwóch grajków spod których flecika i mandoliny zabrzmiała swojska wiązanka "zielony mosteczek" i "stary niedźwiedź mocno śpi" oraz grabarz, przy którym zatrzymam się na dłużej. Wracający z Anglii Hamlet spotka kopiącego grób chłopa, który jest prześmiesznie i przegroteskowo wulgarny. Efekt groteski jeszcze potęgował to, że rząd przede mną siedziała kadra z uczelni i uznałam, że jego rola była prztyczkiem w nos w elitarne grono widzów. Ale z drugiej strony - no przecież nie ukrywajmy, każdemu zdarzy się czasem "pierdnąć, beknąć i chujnąć" (w sensie - poprzeklinać). Ta scena, najśmieszniejsza, jest najsmutniejsza zarazem - oto nadchodzi kondukt żałobny, z Ofelią w trumnie, niesioną przez chłopów, bezlitośnie spuszczoną w grobowy dół. Wstyd było się przedtem śmiać.
Jedyne, co naprawdę mi się szczerze nie podobało to końcówka. Ostatnia scena szermierki była naprawdę przekombinowana, zbyt... dosłowna. Odebrałam ją wręcz jako tani efekt z filmów z Chuckiem Norrisem. Nie kocham teatru za dosłowność, tylko jej brak, za metaforę. Nie muszę mieć wszystkiego podanego na tacy, tym bardziej, że wiem, jak sztuka się skończy.
W opisie spektaklu możemy przeczytać, że "każdy z nas ma w sobie coś z Hamleta". Chyba coś w tym jest. Ale też każdy z nas ma w sobie coś z niewinnej i szalonej Ofelii, lojalnego Horacego, z rządnego władzy Klaudiusza, pustej Gertrudy, Poloniusza - intryganta. Ale to już nie rzeszowskich aktorów, a Szekspira zasługa.
Podsumowując-  rzeszowski spektakl okazał się wydarzeniem wartym uwagi, chociaż nie "spektakularnym" czy "genialnym". Polecam jednak wszystkim i chętnie podyskutuję z widzami.

środa, 28 grudnia 2011

Czy Haruki Murakami daje się lubić?

Murakami to pisarz tak popularny, że jego prozę po prostu wypada znać. Na fali tej szczególnej mody, już dawno temu, sięgnęłam po "Sputnik Sweetheart". Przedziwna opowieść. Nie chcąc się zniechęcać, wydawać negatywnych osądów, niedługo później przeczytałam "Na południe od granicy, na zachód od słońca". I znowu coś zgrzytało - bohaterowie opisywani są jak ludzie, którzy dryfują, zamiast z werwą płynąć naprzód. Bezwolni, obojętni, nawet nijacy.
Chociaż te dziwaczne historie nie przypadły mi do gustu, na lekturę świąteczną sięgnęłam właśnie po jedną z książek Murkamiego. A dodam, że nie mam teraz zbytnio czasu na beztroskie lektury, tkwi we mnie głód fabuły, zmyślenia. Wybrałam jego i nie wiem, czy to jest przypadek.

Akcja "Po zmierzchu", bo o tej książce mówię, toczy się podczas jednej nocy. Opowiada min. o dwóch siostrach - pięknej Eri Asai, modelce, pogrążonej w dziwnym śnie i będącej zawsze w jej cieniu Mari. Mari siedzi w kawiarni, czyta, nie chce wracać do domu. Przysiada się do niej Takahasi, muzyk i student prawa. Razem odbędą wędrówkę po nocnym Tokio, spotkają chinkę - prostytutkę i Kaoru, administratorkę love hotelu.

Nie ma sensu streszczać fabuły, bo w tych książkach nie fabuła rządzi, a klimat. To coś, co jest nieodłączną częścią prozy Murakamiego. Miejscami jest niesamowicie, miejscami dziwacznie, a przede wszystkim... intymnie. Chociaż nie ma w "Po zmierzchu" żadnych spektakularnych scen, mamy wrażenie, że bohaterowie dzielą z nami najintymniejsze rewiry swojej duszy.

Pytanie w tytule posta zadałam dość przewrotnie, bo jest to pytanie do mnie samej. Czy Haruki Murakami, jego proza, daje się lubić? Po przeczytaniu "Po zmierzchu" stwierdzam, że tak - to moja do tej pory ulubiona jego książka. To szczególny malarz poetyckich scen, bohaterów, którzy nie do końca nam odpowiadają, ale coś w tym rzeczywiście intryguje. I każe sięgać po następne powieści.





Nie czytałam "Po zmierzchu" po angielsku, ale ta okładka bardzo pasuje do klimatu.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Anatomia jąkania

Wybór o filmu "Jak zostać królem" (chociaż polski przekład tytułu uważam za niezbyt fortunny - oryginalny "King's Speech" jest dużo lepszy) na czas pomiędzy kolacją wigilijną a pasterką uważam za jak najbardziej udany, ba! najlepszy z możliwych.

Opowiada on autentyczną historię króla Jerzego VI, jeszcze przed objęciem tronu i tuż po tym. Otóż książę Albert miał bardzo nieprzyjemną i utrudniającą życie przypadłość - jąkał się. Może się to wydawać dość błahe, ale dla kogoś, kto musi przemawiać publicznie i nie jest w stanie wymówić poprawnie właściwie żadnego słowa - tak, to może być problem, niezależnie od tego, czy należy do rodziny królewskiej, czy nie.

Widzimy księcia podczas oficjalnych przemówień, który musi znosić spuszczony wzrok poddanych, ich niecierpliwość, zakłopotanie. Widzimy też próby przezwyciężenia, wyleczenia tego przykrego natręctwa. "Normalne" terapie okazują się kompletnie bezskuteczne.
Książę udaje się do specjalisty, który nie dość, że ma niekonwencjonalne metody, to jeszcze nie ma w tym kierunku żadnego dyplomu!

Jak ta cała historia się potoczy - nie będę już opowiadać, omawiać, ale gorąco polecam każdemu, aby po ten film sięgnął.
Co mnie w nim ujęło szczególnie? Kilka rzeczy. Przede wszystkim oparty na faktach, a historia tak podana zawsze jest fascynująca. Zwłaszcza historia rodziny królewskiej, zza kuluarów, ma szczególny posmak.
Następnie - ukazuje, że jąkanie się to nie jest przypadłość fizyczna, a ma swoje korzenie w psychice, korzenie głębokie  i nieświadome.
Jest to też przepięknie opowiedziana historia przyjaźni, nietypowej, ale ciepłej i dozgonnej. Jest to też po części historia Europy.
Przewspaniałe aktorstwo - zarówno Colin Firth, jak i Geoffrey Rush, ale tak naprawdę ujęła mnie Helena Bonham Carter - w roli Królowej Elżbiety po prostu zjawiskowa, postaci tej nie da się nie lubić - z jednej strony przecież skrępowana sztywnymi więzami konwenansu, ale z drugiej - naprawdę czuła, naprawdę kochająca, naprawdę dbająca, by na końcu być naprawdę dumną z męża.

Przewspaniała opowieść, fascynująca i zapadająca w pamięć, ale opowiedziana bez patosu, bez kiczu i lukru. Polecam.


Ostatnia scena jest wręcz majstersztykiem - słowa przemówienia trzymają w napięciu tak, że widz niemalże śledzi akcję na wdechu tylko, odczuwając każdą sylabę.

piątek, 23 grudnia 2011

Film na święta, part 2

Kolejnym filmem, który absolutnie ze świątecznym szałem nie ma nic wspólnego, ale który mam ochotę sobie przypomnieć, jest "Irina Palm".

Opowiada on o starszej kobiecie, chyba z tego co pamiętam Maggie jest wdową, ma rodzinę, wnuka. I w rodzinie pojawiają się problemy, choroba, potrzebne jest kosztowne leczenie, żeby wnuczek mógł wyzdrowieć. Maggie podciąga rękawy i... bierze sprawy w swoje ręce. Proszę mi wierzyć - w dosłownym tego słowa znaczeniu, gdyż zajęcie, którego się podejmuje jest bardzo specyficzne. Nic więcej nie powiem:)

Po ten film naprawdę warto sięgnąć, a powodów jest kilka i każdy jest dobry. Po pierwsze - opowiada historię niby znaną i banalnie brzmiącą, ale zupełnie nieprzewidywalną.
Po drugie - bardzo ciekawy scenariusz - pamiętam, że rozbawił mnie i wzruszył.
Po trzecie - świetny aktorsko.
Polecam, bardzo polecam.

czwartek, 22 grudnia 2011

Film na święta

W tym roku mikołaje, ciężarówka coca - coli i "jest taki dzień, tak świąteczny, choć grudniowy" po prostu mnie drażnią. Zazwyczaj jest mi to obojętne, a nawet ten kicz jakoś mnie nastraja, ale w tym roku nie jestem w zbyt świątecznym nastroju.
Ale nie będę się nad tym rozwodzić, bo kogo to tak naprawdę obchodzi?

Chciałabym polecić Wszystkim film, który ze świętami nie ma absolutnie nic wspólnego. Wpisuje się on w nurt, który chyba można określić "kinem drogi". Chodzi mi o "Małą Miss".

Fabuła jest następująca: Mała pyzowata Olive (którą gra absolutnie czarująca i urocza Abigail Breslin) ma marzenie, aby zostać miss. W jakimś międzystanowym konkursie zwalnia się miejsce i dziewczynka może wystartować. Cała rodzina pakuje się do busa i wyruszają w podróż po praktycznie całych Stanach, by dziewczynka mogła zrealizować swoje marzenia. Nie wiem, jak banalnie to brzmi, ale tak słodko - gorzkiego filmu  nie oglądałam dawno. Z jednej strony - jest naprawdę zabawny, ale to humor ironiczny, miejscami nawet - sarkastyczny. Cała plejada niby barwnych postaci, oryginałów, a z drugiej strony - ludzi takich normalnych.
A na końcu - po prostu końcówka jest odjazdowa i dla samego zakończenia, nawet, jeżeli komuś się film nie spodoba, warto poczekać.

Nie będę pisać wiele więcej, ale bardzo polecam, chociaż oglądałam go już dawno, właśnie teraz mam na niego ochotę i myślę, że Widzowie się nie rozczarują, taką mam nadzieję.

Na pewno po ten film warto sięgnąć właśnie teraz, w tym czasie wszech - słodyczy i kiczu, aby zobaczyć, że czasami śmiejemy się przez łzy. Ot, życie.

niedziela, 18 grudnia 2011

Trudna sztuka pisania o niczym

Z felietonem jak z deserem - ma być lekki, ale pyszny i - co najważniejsze - musi sprawiać przyjemność. W pismach kobiecych, o których zaraz będę pisać, felietonistami są osoby znane, lubiane, które mają coś do powiedzenia (w założeniach). Piszą o sprawach, które ich nurtują, obchodzą, bawią lub po prostu o sprawach, które, ich zdaniem, są godne uwagi i podzielenia się z Czytelnikami.

Lubię czytać felietony dokładnie z tego samego powodu, dla którego przepadam za słodyczami. Ale nie wszystkie słodycze są pyszne, nie po wszystkie warto sięgnąć - są tylko zapychaczami, pod ładnym papierkiem kryje się czekoladopodobna zlepka, a do tego odkładają się w biodrach. Tak. Dokładnie tak samo jest z felietonem. 

Ostatnio miałam w rękach dwie gazety - Zwierciadło (po które sięgam bardzo często) oraz PANIĄ (po którą sięgam dużo rzadziej, nie bez przyczyny). Są na kartach tych czasopism stałe rubryki z felietonami, które pokrótce omówię, gdyż wydają mi się omówienia warte. Wzięłam pod lupę tylko dwa numery czasopism, aby pokrótce scharakteryzować tematykę, a nie robić jej przekrój. Ocena dotyczy poszczególnych tekstów. 
Deserowe porównania nieprzypadkowe. 

Zwierciadło, grudzień 2011 


Felieton gościnny, ANNE APPLEBAUM - SIKORSKA, Z ogrodu nad Notecią

Pani Applebaum pisze na temat swojej fascynacji kulinarnym światem - ku własnemu sporemu zdziwieniu wydała książkę kucharską. Może to się wydawać dziwne w przypadku uznanej, nagrodzonej Pulitzerem, pisarki. Jednakże bardzo przekonująco pisze o swej fascynacji polską kuchnią - szuka nowych składników, miesza, uczy się, poznaje - dla osoby obcej takie odkrywanie może być czymś w rodzaju zapuszczania korzeni - poznawanie kultury od strony smaku. Wydaje mi się to bardzo trafne. I wspaniale napisane. 
Ocena: Sałatka owocowa. Nie z granatów, ananasów, papai i liczi, ale z truskawek, malin, porzeczek, agrestu i borówek. 



MACIEJ STUHR, Zawracanie Wisły... biustem

Wszyscy wiemy, że cały szereg ludzi nie wiadomo skąd istnieje w polskim szoł - bizie. Pan Maciej, którego nota bene nie da się nie lubić, szeroko się na temat pani z biustem imponującym, ale bezmózgą główką, rozpisuje. Tyle, że czytelnik już to wszystko od dawna wie. Ale naprawdę świetne pióro. 
Ocena: Ciasto z proszku. Ładnie wygląda, nawet smakuje, ale banalne. 



PAULINA PRZYBYSZ, Gwiazdka pomyślności

Gdybym miała oceniać poprzednie felietony Pauliny Przybysz, nie byłaby to zbyt dobra ocena. Ale skoro uparłam się, że oceniam tylko z tych pojedynczych numerów... Ten naprawdę mi się spodobał, bo zgadzam się, że nacisk społeczny na odświętność tych dni jest jednak piękny. Pani Paulina pisze, że utknęli niegdyś z chłopakiem 23. grudnia na lotnisku w Sri Lance i istniało prawdopodobieństwo, iż nie wrócą na Święta do domu - co ich, dorosłych przecież ludzi, przejęło. Niby święta to amok i trochę tandeta, ale każdy z nas chce je przeżyć. Przeżywać co rok. 
Ocena: Piernik ze śliwkami i polewą czekoladową. 




KATARZYNA MILLER, Bezimienna

Pani Katarzyna pisze o dziewczynie, która całkowicie zatraciła się w życiu rodzinnym, zapominając o sobie. Ile razy już to słyszeliśmy?
Ocena: Ekler z kiepskiej cukierni. Ciężko dokończyć. 



TOMASZ JASTURN, Jak dostałem Nobla

Mądry i wspaniale napisany komentarz o przyznaniu literackiego Nobla Transtromerowi. Przykład, jak pisać felietony - dygresje, anegdoty, swój punkt widzenia - na jednej stronie a4. 
Ocena: Ciasto czekoladowe z czekoladową masą i wiśniami z galaretką na górze. Mam nieustanną ochotę na dokładkę. 



Dorota Masłowska, Wek z latem

Chociaż felietony Masłowskiej z "Przekroju" dostałyby ode mnie kiszonego ogórka, mam ochotę kupić następny numer "Zwierciadła"  właśnie dla jej rubryki. Pisze ona o kwestiach... kulinarnych. Ale jak! W  zadziorno - ironiczny sposób, charakterystycznym dla siebie stylem. Dobrego pisarza można poznać po tym, że dobrze pisze na każdy temat. 
Ocena: Oglądałam kiedyś jakiś program kulinarny i pani robiła bekon z czekoladą. Niby dziwaczne, niedobre - a pani stwierdziła, że pyszne. 



PANI, wrzesień 2011


Krystyna Janda, Pyta Pani dlaczego?

Pani Janda odpowiada Czytelniczkom na listy. W tym numerze - kobiecie, która straciła dziecko. Pani Janda bezbłędna, nawet w takiej delikatnej kwestii.
Ocena: Nic w tym ze słodyczy. 



Paulo Coelho, Religia i grzech

I mam ochotę napisać: BUAHAHAHAHA!! Zawsze, jak czytam Coelho, mam wrażenie, że ktoś sobie robi ze mnie jaja. Odkąd wyrosłam z tego w gimnazjum, nie widzę ani jednego powodu, żeby czytać cokolwiek spod Jego pióra. Brednie do pierwiastka wszechświatowego. Dosłownie. 
Ocena: Makowiec, pięknie wyglądający i wylukrowany, a w środku - zakalec. Zakalec jakich mało. 



Roma Ligocka, Franciszka

Nie wiem, po co pisać takie felietony, O kobiecie, jakich wiele - pięknej, zdolnej, bogatej, ale mającej problemy. Może kobiety piękne, zdolne, bogate i z problemami lubią to czytać. Może dlatego. I przepraszam bardzo - kończenie jakiegokolwiek tekstu trzykropkiem - "I tak pozwalam, żeby pochłonęła ją noc..."? Takie coś pisało się w gimnazjum. Jeśli nie w podstawówce. 
Ocena: Jakieś takie ciastko w witrynie cukierni, na które wcale a wcale nie ma się ochoty. 



Janusz L. Wiśniewski, O układaniu kwiatów

Jeszcze lepiej niż powyżej. O bajecznie bogatym synu potentata Rolniczych Sił Zbrojnych czyli kombajnów, który kocha układać kwiaty i chce, zamiast pracy w kombajnowej korporacji, być biedny.  I ten koniec: "On nienawidzi rzeczy. On chce być...". No tu się naprawdę zdziwiłam. Wątpliwości dokładnie te same co powyżej. 
Ocena: Sernik "inwencja kuchrza" - dodajemy wszystko, co tylko mamy pod ręką, a i tak zapominamy o proszku do pieczenia. 



Sylwia Chutnik, Niezbędne tarcze

Sylwia Chutnik udowadnia, że ma świetne pióro. O prawa kobiet walczy w najlepszy z możliwych sposobów - taktownie, ale dobitnie. Bez agresji - ale tak, że słowa zapadają w pamięć. I jakoś bez trzykropka kończy. Klasa.
Ocena: Gorzkie, bardzo gorzkie ciasto. 



Wnioski: 
Wyższość Zwierciadła nad Panią. 
Młode pisarki rządzą. 
Kategoria obchodzi mnie to jest subiektywna. Dokładnie tak, jak wybór deserów - każdemu smakuje co innego, ja na przykład nie lubię orzechów, podobnie jak nie lubię Coelho. Ale są osoby, które lubią orzechy.


Wniosek ostateczny:

Pisanie o wszystkim i niczym tak, żeby zainteresować czytelnika to rzeczywiście sztuka. Trudna sztuka.