Oglądając kilka lat temu zwiastuny wchodzącego wtedy do kin dzieła pod tytułem "Tron" miałam przeczucie, że to będzie obraz wyjątkowo żenujący. Ale ostatnio, z braku zupełnie innych możliwości i przemożnej chęci obejrzenia czegokolwiek, włączyliśmy z mężem tv na ten właśnie obraz.
I cóż mogę powiedzieć? No nie ma w "Tronie" niczego nadzwyczajnego, przeciętny filmik, nawet mniej niż przeciętny, bo oprócz tego, że jest dość mierny wizualnie, to jeszcze rości sobie prawo do metafizycznych rozważań, z czego wychodzi pseudointelektualny bełkot. Nie będę się nawet rozwodzić nad fabułą, która jest banalna jak telenowela i w ogóle bym nie traciła czasu na dywagacje gdyby nie
MUZYKA
która jest po prostu niesamowita. Tylko dla tej warstwy dało się obejrzeć "Tron" w całości, a nawet dzięki soundrackowi Daft Punkt (którzy za niego odpowiadają ) mogłabym ten film po prostu polecić. Zaznaczając oczywiście wszystkie jego minusy:)
Ścieżkę dźwiękową miałam już od dawna i nawet sama brzmi świetnie, ale razem z obrazem tworzy coś niesamowitego.
Odpowiadając na tytułowe pytanie : tak, beznadziejny film da się uratować (w tym sensie, że widz obejrzy go do końca), ale tylko pod warunkiem, że jeden z jego elementów będzie genialny.
Nie dodaję linków z jednego powodu - polecam obejrzeć całość.
poniedziałek, 8 października 2012
wtorek, 2 października 2012
Wyższy level hardkoru czyli jestę filozofę
Zacznę od razu z grubej rury, bez żadnej ściemy - wybrałam się na studia filozoficzne. Po czterech miesiącach intensywnego i bezowocnego poszukiwania pracy (miałam tylko dwa wymagania - żeby nie był to sklep spożywczy i mięsny) pomyślałam sobie - a co, będę chociaż mądrzejsza, dopełnię swoje humanistyczne wykształcenie, a i może do doktoratu się to jakoś przyda.
Tak więc dzisiaj zasiadłam po raz pierwszy w ławie instytutu filozofii i do tej pory nie mogę się połapać.
Rano mieliśmy wykład z logiki i wykładowca był... wyjątkowo charyzmatyczny i raczył studentów takimi tekstami, których jeszcze w swojej karierze nie słyszałam. Jednakże oceniam go bardzo na plus i chociaż przedmiot wydaje mi się wyjątkowo hermetyczny, to z przyjemnością będę na niego chodzić i przypatrywać się, co Pan jeszcze wymyśli.
Najbardziej jednak, co mnie zdziwiło, to porządek organizacyjny, we wszelkim tego słowa znaczeniu. U nas, na polonistyce, w pierwszym tygodniu października panowała walka i chaos (żeby nawet nie powiedzieć - burdel). A tutaj? Kultura, nikt się nie bije o miejsca na seminarium, nikomu nie skacze ciśnienie przy wyborze grup, każdy grzecznie czeka przed sekretariatem na wpisanie się w odpowiednią listę (to już mnie rozwaliło! W moim dotychczasowym doświadczeniu na zajęcia, które były najbardziej atrakcyjne - tematycznie czy "godzinowo" - robiło się jakąś szemraną listę i kto pierwszy ją zaniósł wykładowcy, ten miał farta. Reszta przeklinała w głos i odgrażała się, że sobie to zapamięta i w następnym semestrze pomści sprawę nie umieszczając delikwenta/delikwentki na wybranym przedmiocie. I tak co semestr).
Wydaje mi się, że klimat zajęć będzie zupełnie różny od tych znanych mi dotychczas. A co się okaże? Zobaczymy, ale pewnie jeszcze napiszę na ten temat kilka słów w przyszłości.
Można się zastanawiać - po co ten post? Jest niezbyt długi, bardzo niekonkretny.
Co, Margaryno, chciałaś się pochwalić, jaka jesteś mądra?
Odpowiedź jest banalna - każda nowość w życiu musi być oswojona. W ten sposób ja oswajam nowy rozdział o nazwie studia filozoficzne. Czy okaże się to wyborem dobrym, czy złym - czas pokaże. Liczę tylko na jedno - że będzie to fascynująca podróż intelektualna.
Tak więc dzisiaj zasiadłam po raz pierwszy w ławie instytutu filozofii i do tej pory nie mogę się połapać.
Rano mieliśmy wykład z logiki i wykładowca był... wyjątkowo charyzmatyczny i raczył studentów takimi tekstami, których jeszcze w swojej karierze nie słyszałam. Jednakże oceniam go bardzo na plus i chociaż przedmiot wydaje mi się wyjątkowo hermetyczny, to z przyjemnością będę na niego chodzić i przypatrywać się, co Pan jeszcze wymyśli.
Najbardziej jednak, co mnie zdziwiło, to porządek organizacyjny, we wszelkim tego słowa znaczeniu. U nas, na polonistyce, w pierwszym tygodniu października panowała walka i chaos (żeby nawet nie powiedzieć - burdel). A tutaj? Kultura, nikt się nie bije o miejsca na seminarium, nikomu nie skacze ciśnienie przy wyborze grup, każdy grzecznie czeka przed sekretariatem na wpisanie się w odpowiednią listę (to już mnie rozwaliło! W moim dotychczasowym doświadczeniu na zajęcia, które były najbardziej atrakcyjne - tematycznie czy "godzinowo" - robiło się jakąś szemraną listę i kto pierwszy ją zaniósł wykładowcy, ten miał farta. Reszta przeklinała w głos i odgrażała się, że sobie to zapamięta i w następnym semestrze pomści sprawę nie umieszczając delikwenta/delikwentki na wybranym przedmiocie. I tak co semestr).
Wydaje mi się, że klimat zajęć będzie zupełnie różny od tych znanych mi dotychczas. A co się okaże? Zobaczymy, ale pewnie jeszcze napiszę na ten temat kilka słów w przyszłości.
Można się zastanawiać - po co ten post? Jest niezbyt długi, bardzo niekonkretny.
Co, Margaryno, chciałaś się pochwalić, jaka jesteś mądra?
Odpowiedź jest banalna - każda nowość w życiu musi być oswojona. W ten sposób ja oswajam nowy rozdział o nazwie studia filozoficzne. Czy okaże się to wyborem dobrym, czy złym - czas pokaże. Liczę tylko na jedno - że będzie to fascynująca podróż intelektualna.
środa, 26 września 2012
Pakiet wrześniowy
Oj, we wrześniu mój blog zarósł pajęczyną! Nie wiem na co zwalić taki stan rzeczy - po prostu czytelniczo czy filmowo niewiele się u mnie działo. Nadal brnę przez "Braci Karamazow" - nadal przez to samo okropne wydanie, które utrudnia mi lekturę. Do tego stopnia, że raczę się co jakiś czas jakimiś przerywnikami.
Kryminał niekryminalny
Jestem właśnie przy lekturze "Grabarza lalek" niemieckiej pisarki Petry Hammesfahr i zachowam się nieprofesjonalnie, a wręcz infantylnie, gdyż zachwycę się książką przed skończeniem jej, ba! przed połową! (Drogie Dzieci, nie próbujcie tego na swoich blogach). Jednakże ujmuje mnie swoim... no właśnie, czym? Przede wszystkim warstwą obyczajową, a nie wątkiem kryminalnym. Rzecz dzieje się w 1995 roku, kiedy w niemieckiej wsi giną młode kobiety. Ale to tylko, zdaje się, pretekst, do snucia bardzo gorzkiej refleksji na temat natury i kondycji ludzkiej.
Centralną postacią jest Ben, niepełnosprawny intelektualnie, ale niesamowicie rozwinięty fizycznie młody chłopak. Poznajemy jego dzieciństwo i młodość, rodziców, siostry, otoczenie. Bardzo, bardzo interesująca lektura. Z jednej strony ma w sobie coś maksymalnie odpychającego, ale z drugiej - hipnotyzuje i nie pozwala się oderwać. Mam przeczucie, że to dobry wybór na jesienny wieczór.
Przy okazji chciałabym pozwolić sobie na drobną dygresję. Wspominałam już, że bardzo lubię początek "Biegunów" Olgi Tokarczuk. Ilekroć czytam powieść z postacią (lub postaciami) w jakimś sensie odstającymi od szeroko rozumianej "normalności" (tak było również z niedawną lekturą "Ty pierwszy, Max"), tyle razy mam w pamięci ten (moim zdaniem absolutnie wyjątkowy) cytat:
"Mój zespół objawów polega na tym, że pociąga mnie wszystko, co popsute, niedoskonałe, ułomne,
pęknięte. Interesują mnie formy byle jakie, pomyłki w dziele stworzenia, ślepe zaułki. To, co miało się
rozwinąć, ale z jakichś względów pozostało niedorozwinięte; albo wręcz przeciwnie - przerosło plan.
Wszystko, co odstaje od normy, co jest za małe albo za duże, wybujałe lub niepełne, monstrualne i odrażające. Formy, które nie pilnują symetrii, które się multiplikują, przyrastają po bokach, pączkują, lub przeciwnie, redukują wielość do jedności. Nie interesują mnie wydarzenia powtarzalne, te, nad którymi z uwagą pochyla się statystyka, te, które wszyscy celebrują z zadowolonym, familiarnym uśmiechem
na twarzach. Moja wrażliwość jest teratologiczna, monstrofilalna. Mam nieustanne i męczące przekonanie, że właśnie tutaj prawdziwy byt przebija się na powierzchnię i ujawnia swoją naturę. Nagłe, przypadkowe odsłonięcie. Wstydliwe "ups", rąbek bielizny spod starannie uplisowanej spódnicy.Metalowy, ohydny szkielet wyłazi nagle spod aksamitnego obicia; erupcja sprężyny z pluszowego fotela, która bezwstydnie demaskuje iluzję wszelkiej miękkości. Gabinet osobliwości Nigdy nie byłam zbyt ochoczą bywalczynią muzeów sztuki, i jeżeli to miałoby zależeć ode mnie, zamieniłabym je z chęcią na gabinety osobliwości, gdzie zbiera się i eksponuje to, co rzadkie i niepowtarzalne, dziwaczne i monstrowate. To, co istnieje w cieniu świadomości, a kiedy tam spojrzeć - umyka z pola widzenia. Tak, z pewnością mam ten nieszczęsny syndrom. Nie pociągają
mnie kolekcje w centrum miast, lecz te małe, przyszpitalne, często zniesione do piwnic jako niegodne cenionych miejsc wystawienniczych i wskazujące na podejrzany gust dawnych kolekcjonerów. Salamandra z
dwoma ogonami w owalnym słoju, pyszczkiem ułożona ku górze, czekająca dnia sądnego, gdy wszystkie
preparaty świata w końcu zmartwychwstaną. Nerka delfina w formalinie. Czaszka owcy, czysta anomalia, podwójną liczbą oczu, uszu i pysków, piękna jak wizerunek starożytnego bóstwa o wieloznacznej naturze.(...)
wszystkie dziwaczne, o nienormalnych kształtach; widocznie ktoś uznał, że tym wybrykom natury należy się nieśmiertelność i że przetrwa tylko to, co inne. Właśnie ku temu się cierpliwie poruszam w moich
podróżach, tropiąc błędy i wpadki stworzenia. Nauczyłam się pisać w pociągach, hotelach i poczekalniach. Na rozkładanych stolikach samolotów. Notuję w czasie obiadu pod stołem albo w toalecie. Piszę w muzeum na schodach, w kawiarniach, w zaparkowanym na poboczu samochodzie. Zapisuję na skrawkach papieru, w notesach, na pocztówkach, na skórze dłoni, na serwetkach, na marginesach książek. Najczęściej są to krótkie zdania, obrazki, ale czasem przepisuję fragmenty z gazet. Bywa, że uwiedzie mnie jakaś wyłuskana z tłumu postać i wtedy zbaczam z mojej marszruty, żeby za nią przez chwilę podążać, zacząć opowieść. To dobra metoda; doskonalę się w niej. Z roku na rok moim sprzymierzeńcem staje się czas, jak dla każdej kobiety - zrobiłam się niewidoczna, przezroczysta. Mogę poruszać się jak duch, zaglądać ludziom przez ramię, przysłuchiwać się ich kłótniom i patrzeć, jak śpią z głową na plecaku, jak mówią do siebie, nieświadomi mojej obecności, poruszając samymi wargami, formułując słowa, które to ja zaraz za nich wypowiem. Widzieć to wiedzieć Celem mojej pielgrzymki jest zawsze inny pielgrzym.
Tym razem ułomny, w częściach. (...)"
Taka właśnie jest ta powieść - pokazuje to wstydliwe "ups" - coś, co skrzętnie grzebiemy za drzwiami naszego domu, co grzebią nasi sąsiedzi, o czym szepcą całe wsie. Nie przeczytałam jeszcze tej lektury do końca i na pewno do niej tutaj wrócę.
Kryminał zdecydowanie niestandardowy
"W labiryncie ulubionych miejsc" Susan Hill przeczytałam niemalże w jeden wieczór, co nie było sprawą niesamowicie wciągającej zagadki kryminalnej, a również, jak w przypadku powyżej, tła obyczajowego. Tutaj jednak silniej wysuwa się na prowadzenie jednak podążanie za rozwiązaniem, z tym, że autorka dokonała bardzo, ale to bardzo dziwnego (i niezwykle wkurzającego!) zabiegu. Kto chce wiedzieć, o czym mowa, ten niech przeczyta poniższy akapit, jednak jeżeli Czytelniku zechcesz sięgnąć po tę książkę (uważam, że warto, ale bez jakiś spektakularnych doznań), niech akapit ominie.
Autorka bowiem bardzo interesująco przedstawia postaci. No, nie ona pierwsza, można rzecz - wielu autorów bardzo interesująco przedstawia postaci. Susan Hill pozwala sobie jednak iść o krok dalej - każe niejako poczuć sympatię z ofiarą. Np. Grubą, zakompleksioną nastolatką z depresją, która już powoli wychodziła na prostą. I nagle - TRACH! Morderca!
Polskie kino na miarę reszty z piątki*
Złapałam się na tym, że traktuję polskie kino trochę jak młodszego brata - niby surowo i karcąco, ale jednak zawsze bronię. Oczywiście mówię o produkcjach ambitniejszych nieco od, dajmy na no, komedyjek romantycznych. Zauważyłam na blogach miażdżącą krytykę "Yumy", o której nie napisałam niczego złego i trzymam się swojego zdania. Może niewiele od kina wymagam?
Ale...
Jak tu wymagać więcej, kiedy w Polsce kręci się filmy (chociaż powinnam się wyrazić precyzyjniej - koszmary) na miarę obejrzanej przeze mnie niedawno niejakiej "Randki w ciemno"? Nie istnieje żadne pozytywne słowo na obronę tego żenującego obrazu. Zero, ale to absolutne zero plusów. Zacznę od głównej bohaterki, granej przez Katarzynę Maciąg (nie znałam jej, szczerze powiem), która ma w swoim aktorskim dorobku trzy miny na krzyż. Nikt i nic w tym filmie nie wypada przekonująco, obiecująco, ani nawet przyzwoicie. Scenariusz, moim zdaniem, powinien dostać nagrodę BEZNADZIEI WSZECHCZASÓW. Mogłabym się nadal wysilać i pastwić nad tym czymś, ale szkoda mi czasu, ciekawa książka na mnie czeka.
* w moim i moich znajomych prywatnym slangu określenie, że coś jest "jak za resztę z piątki" jest prawdziwą obelgą. Np. pan w szykownym dresie w starym golfie (samochodzie, nie swetrze:P ) jest jak cwaniak za resztę z piątki.
Ale dużo literek! Jeżeli, Czytelniku, dobrnąłeś do tego miejsca, to nie jesteś Czytelnikiem za resztę z piątki:)
Kryminał niekryminalny
Centralną postacią jest Ben, niepełnosprawny intelektualnie, ale niesamowicie rozwinięty fizycznie młody chłopak. Poznajemy jego dzieciństwo i młodość, rodziców, siostry, otoczenie. Bardzo, bardzo interesująca lektura. Z jednej strony ma w sobie coś maksymalnie odpychającego, ale z drugiej - hipnotyzuje i nie pozwala się oderwać. Mam przeczucie, że to dobry wybór na jesienny wieczór.
Przy okazji chciałabym pozwolić sobie na drobną dygresję. Wspominałam już, że bardzo lubię początek "Biegunów" Olgi Tokarczuk. Ilekroć czytam powieść z postacią (lub postaciami) w jakimś sensie odstającymi od szeroko rozumianej "normalności" (tak było również z niedawną lekturą "Ty pierwszy, Max"), tyle razy mam w pamięci ten (moim zdaniem absolutnie wyjątkowy) cytat:
"Mój zespół objawów polega na tym, że pociąga mnie wszystko, co popsute, niedoskonałe, ułomne,
pęknięte. Interesują mnie formy byle jakie, pomyłki w dziele stworzenia, ślepe zaułki. To, co miało się
rozwinąć, ale z jakichś względów pozostało niedorozwinięte; albo wręcz przeciwnie - przerosło plan.
Wszystko, co odstaje od normy, co jest za małe albo za duże, wybujałe lub niepełne, monstrualne i odrażające. Formy, które nie pilnują symetrii, które się multiplikują, przyrastają po bokach, pączkują, lub przeciwnie, redukują wielość do jedności. Nie interesują mnie wydarzenia powtarzalne, te, nad którymi z uwagą pochyla się statystyka, te, które wszyscy celebrują z zadowolonym, familiarnym uśmiechem
na twarzach. Moja wrażliwość jest teratologiczna, monstrofilalna. Mam nieustanne i męczące przekonanie, że właśnie tutaj prawdziwy byt przebija się na powierzchnię i ujawnia swoją naturę. Nagłe, przypadkowe odsłonięcie. Wstydliwe "ups", rąbek bielizny spod starannie uplisowanej spódnicy.Metalowy, ohydny szkielet wyłazi nagle spod aksamitnego obicia; erupcja sprężyny z pluszowego fotela, która bezwstydnie demaskuje iluzję wszelkiej miękkości. Gabinet osobliwości Nigdy nie byłam zbyt ochoczą bywalczynią muzeów sztuki, i jeżeli to miałoby zależeć ode mnie, zamieniłabym je z chęcią na gabinety osobliwości, gdzie zbiera się i eksponuje to, co rzadkie i niepowtarzalne, dziwaczne i monstrowate. To, co istnieje w cieniu świadomości, a kiedy tam spojrzeć - umyka z pola widzenia. Tak, z pewnością mam ten nieszczęsny syndrom. Nie pociągają
mnie kolekcje w centrum miast, lecz te małe, przyszpitalne, często zniesione do piwnic jako niegodne cenionych miejsc wystawienniczych i wskazujące na podejrzany gust dawnych kolekcjonerów. Salamandra z
dwoma ogonami w owalnym słoju, pyszczkiem ułożona ku górze, czekająca dnia sądnego, gdy wszystkie
preparaty świata w końcu zmartwychwstaną. Nerka delfina w formalinie. Czaszka owcy, czysta anomalia, podwójną liczbą oczu, uszu i pysków, piękna jak wizerunek starożytnego bóstwa o wieloznacznej naturze.(...)
wszystkie dziwaczne, o nienormalnych kształtach; widocznie ktoś uznał, że tym wybrykom natury należy się nieśmiertelność i że przetrwa tylko to, co inne. Właśnie ku temu się cierpliwie poruszam w moich
podróżach, tropiąc błędy i wpadki stworzenia. Nauczyłam się pisać w pociągach, hotelach i poczekalniach. Na rozkładanych stolikach samolotów. Notuję w czasie obiadu pod stołem albo w toalecie. Piszę w muzeum na schodach, w kawiarniach, w zaparkowanym na poboczu samochodzie. Zapisuję na skrawkach papieru, w notesach, na pocztówkach, na skórze dłoni, na serwetkach, na marginesach książek. Najczęściej są to krótkie zdania, obrazki, ale czasem przepisuję fragmenty z gazet. Bywa, że uwiedzie mnie jakaś wyłuskana z tłumu postać i wtedy zbaczam z mojej marszruty, żeby za nią przez chwilę podążać, zacząć opowieść. To dobra metoda; doskonalę się w niej. Z roku na rok moim sprzymierzeńcem staje się czas, jak dla każdej kobiety - zrobiłam się niewidoczna, przezroczysta. Mogę poruszać się jak duch, zaglądać ludziom przez ramię, przysłuchiwać się ich kłótniom i patrzeć, jak śpią z głową na plecaku, jak mówią do siebie, nieświadomi mojej obecności, poruszając samymi wargami, formułując słowa, które to ja zaraz za nich wypowiem. Widzieć to wiedzieć Celem mojej pielgrzymki jest zawsze inny pielgrzym.
Tym razem ułomny, w częściach. (...)"
Taka właśnie jest ta powieść - pokazuje to wstydliwe "ups" - coś, co skrzętnie grzebiemy za drzwiami naszego domu, co grzebią nasi sąsiedzi, o czym szepcą całe wsie. Nie przeczytałam jeszcze tej lektury do końca i na pewno do niej tutaj wrócę.
Kryminał zdecydowanie niestandardowy
"W labiryncie ulubionych miejsc" Susan Hill przeczytałam niemalże w jeden wieczór, co nie było sprawą niesamowicie wciągającej zagadki kryminalnej, a również, jak w przypadku powyżej, tła obyczajowego. Tutaj jednak silniej wysuwa się na prowadzenie jednak podążanie za rozwiązaniem, z tym, że autorka dokonała bardzo, ale to bardzo dziwnego (i niezwykle wkurzającego!) zabiegu. Kto chce wiedzieć, o czym mowa, ten niech przeczyta poniższy akapit, jednak jeżeli Czytelniku zechcesz sięgnąć po tę książkę (uważam, że warto, ale bez jakiś spektakularnych doznań), niech akapit ominie.Autorka bowiem bardzo interesująco przedstawia postaci. No, nie ona pierwsza, można rzecz - wielu autorów bardzo interesująco przedstawia postaci. Susan Hill pozwala sobie jednak iść o krok dalej - każe niejako poczuć sympatię z ofiarą. Np. Grubą, zakompleksioną nastolatką z depresją, która już powoli wychodziła na prostą. I nagle - TRACH! Morderca!
Zapewniam,
to nie jedyny ciekawy zabieg, i jedno mogę powiedzieć - powieść ta
zapada w pamięć. I również zadaje pytanie o kondycję czytelnika. Bo z
jednej strony współczesny czytelnik domaga się dzieł nietuzinkowych,
gardzi banałem, w dalekim poważaniu ma schematy. Ale kiedy funduje mu
się zakończenie inne niż typowy happy end - czuje głębokie
rozczarowanie, a wręcz złość - no jak to tak!? kto by pomyślał?!
Skandal!! Mówię Państwu - zdziwiłam się własną reakcją.
Polskie kino na miarę reszty z piątki*
Złapałam się na tym, że traktuję polskie kino trochę jak młodszego brata - niby surowo i karcąco, ale jednak zawsze bronię. Oczywiście mówię o produkcjach ambitniejszych nieco od, dajmy na no, komedyjek romantycznych. Zauważyłam na blogach miażdżącą krytykę "Yumy", o której nie napisałam niczego złego i trzymam się swojego zdania. Może niewiele od kina wymagam?
Ale...
Jak tu wymagać więcej, kiedy w Polsce kręci się filmy (chociaż powinnam się wyrazić precyzyjniej - koszmary) na miarę obejrzanej przeze mnie niedawno niejakiej "Randki w ciemno"? Nie istnieje żadne pozytywne słowo na obronę tego żenującego obrazu. Zero, ale to absolutne zero plusów. Zacznę od głównej bohaterki, granej przez Katarzynę Maciąg (nie znałam jej, szczerze powiem), która ma w swoim aktorskim dorobku trzy miny na krzyż. Nikt i nic w tym filmie nie wypada przekonująco, obiecująco, ani nawet przyzwoicie. Scenariusz, moim zdaniem, powinien dostać nagrodę BEZNADZIEI WSZECHCZASÓW. Mogłabym się nadal wysilać i pastwić nad tym czymś, ale szkoda mi czasu, ciekawa książka na mnie czeka.
* w moim i moich znajomych prywatnym slangu określenie, że coś jest "jak za resztę z piątki" jest prawdziwą obelgą. Np. pan w szykownym dresie w starym golfie (samochodzie, nie swetrze:P ) jest jak cwaniak za resztę z piątki.
Ale dużo literek! Jeżeli, Czytelniku, dobrnąłeś do tego miejsca, to nie jesteś Czytelnikiem za resztę z piątki:)
czwartek, 30 sierpnia 2012
Christophera Nolana gry z czasem i tożsamością
Czasami, a w zasadzie niezbyt często, zdarza się, że można zobaczyć jakiś ciekawy film w telewizji. To, co jest serwowane na co dzień, przebija nieraz definicje miernoty i jedynym ratunkiem są kanały popularno-naukowe oraz oczywiście teledyski.
Wczoraj jednak nadarzyła się okazja do obejrzenia świetnego filmu, o normalnej porze. Mowa o "Prestiżu" Christophera Nolana, który okazał się interesującą rozrywką i niemałą łamigłówką.
Zacznę nieco o fabule. Początki XX wieku, dwóch iluzjonistów marzy o wielkiej karierze, obaj są bardzo utalentowani i ambitni. Jednakże już na początku zdarza się tragedia - podczas występu przez jednego z kumpli ginie żona drugiego. Wdowiec przez całe życie nie może zapomnieć, zaczyna się rywalizacja, która kosztuje wiele, bardzo wiele.
Tyle o fabule. Mało? No, mało. Ale jest ona tak zagmatwana, jak tylko Nolan może zagmatwać (jest on również autorem scenariusza), ciężko wyjaśnić wszelkie zawiłości.
O czym jednak to jest film? Przede wszystkim o ambicjach, chyba nawet chorobliwych. I jeden i drugi iluzjonista chcieli wejść do panteonu legend w swojej dziedzinie, a za sławę płacili bardzo wysoką cenę.
Czy warto go obejrzeć? Oj tak, bardzo bardzo warto! Powodów jest kilka i każdy jest dobry.
Powód drugi, tak samo ważny jak i pierwszy - obsada. Postaci w filmie nie jest wiele (oprócz oczywiście statystów-publiczności teatru), ale każda, ale absolutnie każda rola jest fantastyczna. Zacznijmy od postaci głównych: Hugh Jackman w roli wdowca, Christian Bale w roli przeraźliwie ambitnego Alfreda. Na deser smaczki drugoplanowe - Michael Caine, Scarlett Johansson, Rebecca Hall (naprawdę, bardzo wzruszająca rola, świetna kreacja aktorska), demoniczny David Bowie czy znany przede wszystkim z roli Golluma Andy Serkis. Powiem Państwu, że dawno nie widziałam tak świetnej gry, gdzie każda rola jest naprawdę wyjątkowa.
Chciałabym powiedzieć, że Bale przyćmiewa Jackmana, ale nie przyćmiewa. Jest bardziej demoniczny i charyzmatyczny, ale taka natura jego postaci. Jackman nie ustępował mu miejsca, nie pozwalał się zdominować.
Tak na marginesie - ciekawa sprawa z tym Nolanem-reżyserem i Nolanem-scenarzystą. Nie ma jakiejś niezwykle imponującej ilościowo biografii filmowej, ale widać jego wyraźne fascynacje. Przede wszystkim zmienne plany czasowe - częste retrospekcje. Z jednej strony wydaje się to chaotyczne, ale z drugiej - niezwykle dopełnia wizję. Mieliśmy to już np. w niesamowitym Memento, filmie, który oglądałam, żeby nie przesadzić, chyba z 10 lat temu, a nadal wyśmienicie pamiętam. W Prestiżu retrospekcje są nieodłączne.
Ale wyraźniejsza fascynacja to temat tożsamości. Kim jestem, i dlaczego jestem tym, kim jestem? Czy na pewno jestem tym, kim jestem? Takie pytanie zadaje wielu bohaterów jego filmów, poczynając właśnie od Memento, przez Bezsenność i wszystkie części Batmana (przecież Bruce zdawał się nieustannie zadawać sobie właśnie te pytania, filmy ukazują jego złożoną psychikę i powody, dla których stał się taki, a nie inny), na Incepcji kończąc.
środa, 22 sierpnia 2012
Krótko na temat "Yumy"
Dzisiejszy post będzie bardzo krótki, ale bardzo konkretny. Oglądałam wczoraj "Yumę" i polecam. Zapewne usłyszą Państwo, że potencjał obrazu jest zmarnowany, niektóre wątki chaotyczne, a gra nieprzekonująca. Moim zdaniem jednak jest to bardzo ciekawy i wart obejrzenia obraz. Fakt, niektóre wątki nie były poprowadzone do końca, a co do gry - troszkę mi przeszkadzała Katarzyna Figura z tego powodu, że zagrała zgodnie z emploi, seks bomba w połączeniu z nowoczesną "kobietą sukcesu" (burdel mama).
Bardzo podobał mi się natomiast Kuba Gierszał, dopiero teraz uświadamiam sobie, że jest on bożyszczem nastolatek, jakoś wcześniej mi to umknęło. W każdym radę przekonał mnie do Zygi, bohatera wrażliwego, niepokornego, popełniającego dużo błędów.
Pierwsza część jest bardzo zabawna, rzeczywiście się ośmiałam - w kinie ten efekt śmiechu trzeba pomnożyć razy ilość widzów, tyle razy jest silniejszy. Druga część jest bardzo gorzka, wręcz smutna.
Jest to na pewno zupełnie inne polskie kino, niż można się spodziewać.
Polecam, warto.
sobota, 18 sierpnia 2012
Stracone złudzenia, niespodziewany sukces i natapirowane matrony
Przyznaję szczerze i otwarcie - film "Fighter" obejrzałam tylko i wyłącznie dla Christiana Bale'a. Nie zachęcała mnie bowiem fabuła, która wydawała się czymś w stylu "Rocky'ego" i ogólnie nurtem American dream - od zera do bohatera.
Mamy historię dwóch braci - Mickey i Dickey (tak, czyta się Miki i Diki, co jest po prostu idiotyczne). Obaj są bokserami, tyle że Mickey (Mark Wahlberg) stoi dopiero u progu kariery, a Dicky (Christian Bale) niegdyś utytułowany zawodnik, teraz - uzależniony od narkotyków, przegrany trener brata.
Rzecz dzieje się w małej mieścinie w Stanach, skąd wyrwać się trudno. Mickey zarabia na życie zamiatając ulice, po godzinach trenuje z bratem. Boks to jedyna szansa. I udaje mu się, po prostu mu się udaje, co widz przyjmuje z wielkim uśmiechem, bo był pracowity i zdeterminowany. To jednak nie Mickey nie jest bohaterem tego filmu, a jego brat. Christian Bale jest po prostu
ZAJEBISTY
(urocze słowo!)
i kradnie Markowi W. całą uwagę na ekranie. Jest nadpobudliwy, dowcipny, ale też żałosny i niezwykle wiarygodny. Jest po prostu wręcz genialnie wiarygodny i Oscar naprawdę mu się należał. Nie ukrywam, że Christian Bale wyrasta powoli na mojego ulubionego aktora, nie tylko po wspaniałych kreacjach w Batmanie, ale całej masie innych filmów, lepszych lub gorszych, w których zagrał świetnie. Poza tym - co ten człowiek wyczynia ze swoim ciałem, jest zadziwiające. W Mechaniku ważył jakieś 50 kg, co jest szczytem poświęcenia. Tutaj znowu jest wychudzony, by za chwilę przecież przybrać na wadze do roli w ostatniej części trylogii Nolana. Zadziwiające.
"Fighter" ma bardzo interesujące tło, ponieważ bracia wywodzą się z wielodzietnej rodziny i widok tych sióstr chyba każdego przyprawi o 1) salwy śmiechu 2) pytanie - SKĄD ONI WZIĘLI TAKIE NATAPIROWANE MATRONY???
Rodzina w życiu głównych bohaterów jest bardzo ważna i chociaż wydaje się patologiczna, toksyczna, okazuje się, że przyczynia się do sukcesu życiowego Micky'ego.
To również film o straconych szansach i złudzeniach. Dicky stracił swoją szansę przez narkotyki, jednak fantastycznie potrafił się po niej podnieść i przestać. Swoją szansę na lepsze życie straciła także dziewczyna Micky'ego, Charlene, która przez imprezowy styl życia została wyrzucona z College'u. Muszę wyróżnić w tym miejscu Amy Adams, która na ekranie wypada po prostu świetnie.
I na koniec - czy ten film jest wart obejrzenia? Serwuje on tysiące razy odgrzewanego kotleta, czyli historię kogoś, komu się udało. Nie robi tego w jakiś niesamowicie wyjątkowy sposób. Ale zapada w pamięć i jakoś krzepi, daje kopa.
Jednak gdyby nie moja lekka fascynacja Christianem Bale'm, na pewno bym go nie obejrzała i w sumie niewiele bym straciła. Najgorsza z możliwych końcówka recenzji, ale, no cóż, innej nie będzie.
Mamy historię dwóch braci - Mickey i Dickey (tak, czyta się Miki i Diki, co jest po prostu idiotyczne). Obaj są bokserami, tyle że Mickey (Mark Wahlberg) stoi dopiero u progu kariery, a Dicky (Christian Bale) niegdyś utytułowany zawodnik, teraz - uzależniony od narkotyków, przegrany trener brata.
Rzecz dzieje się w małej mieścinie w Stanach, skąd wyrwać się trudno. Mickey zarabia na życie zamiatając ulice, po godzinach trenuje z bratem. Boks to jedyna szansa. I udaje mu się, po prostu mu się udaje, co widz przyjmuje z wielkim uśmiechem, bo był pracowity i zdeterminowany. To jednak nie Mickey nie jest bohaterem tego filmu, a jego brat. Christian Bale jest po prostu
ZAJEBISTY
(urocze słowo!)
i kradnie Markowi W. całą uwagę na ekranie. Jest nadpobudliwy, dowcipny, ale też żałosny i niezwykle wiarygodny. Jest po prostu wręcz genialnie wiarygodny i Oscar naprawdę mu się należał. Nie ukrywam, że Christian Bale wyrasta powoli na mojego ulubionego aktora, nie tylko po wspaniałych kreacjach w Batmanie, ale całej masie innych filmów, lepszych lub gorszych, w których zagrał świetnie. Poza tym - co ten człowiek wyczynia ze swoim ciałem, jest zadziwiające. W Mechaniku ważył jakieś 50 kg, co jest szczytem poświęcenia. Tutaj znowu jest wychudzony, by za chwilę przecież przybrać na wadze do roli w ostatniej części trylogii Nolana. Zadziwiające.
"Fighter" ma bardzo interesujące tło, ponieważ bracia wywodzą się z wielodzietnej rodziny i widok tych sióstr chyba każdego przyprawi o 1) salwy śmiechu 2) pytanie - SKĄD ONI WZIĘLI TAKIE NATAPIROWANE MATRONY???
Rodzina w życiu głównych bohaterów jest bardzo ważna i chociaż wydaje się patologiczna, toksyczna, okazuje się, że przyczynia się do sukcesu życiowego Micky'ego.
To również film o straconych szansach i złudzeniach. Dicky stracił swoją szansę przez narkotyki, jednak fantastycznie potrafił się po niej podnieść i przestać. Swoją szansę na lepsze życie straciła także dziewczyna Micky'ego, Charlene, która przez imprezowy styl życia została wyrzucona z College'u. Muszę wyróżnić w tym miejscu Amy Adams, która na ekranie wypada po prostu świetnie.
I na koniec - czy ten film jest wart obejrzenia? Serwuje on tysiące razy odgrzewanego kotleta, czyli historię kogoś, komu się udało. Nie robi tego w jakiś niesamowicie wyjątkowy sposób. Ale zapada w pamięć i jakoś krzepi, daje kopa.
Jednak gdyby nie moja lekka fascynacja Christianem Bale'm, na pewno bym go nie obejrzała i w sumie niewiele bym straciła. Najgorsza z możliwych końcówka recenzji, ale, no cóż, innej nie będzie.
piątek, 17 sierpnia 2012
Pakiet ambitny (tudzież snobski)
Przychodzi taki moment w życiu każdego człowieka, że ma on (czasami na bardzo, bardzo krótko, ale jednak) ochotę porzucić wszelkie tandetne czytadła, zaprzestać oglądania przyjemnych filmów i przełączyć się na wyższy kulturalny level. I mnie ostatnio zdarzył się taki ambitny incydent, więc jak się tym nie pochwalić?
Turandot, reż. Paweł Passini
Moja pierwsza przygoda z tym spektaklem zaczęła się jeszcze w ziemie, wyemitowano go w TVP Kultura. Zrobił na mnie ogromne wrażenie. Bardzo przenikliwy, lecz również brutalny obraz, który wszczepia się w świadomość i przechodzi do krwiobiegu. Niesamowita strona wizualna w połączeniu ze wspaniałą warstwą muzyczną to prawdziwa feta. Jest to jednak dzieło dość trudne w odbiorze, hermetyczne, zwłaszcza dla laika, którym jestem. Brakuje mi narzędzi, aby obiektywnie i rzetelnie ocenić adaptację tej opery, jednak na stałe wbiła mi się w pamięć.


Przewodnik operowy, Jacek Marczyński
Obcowanie z tworzywem jakim jest opera uświadomiło mi, jak wielkie braki mam w tej materii. Postanowiłam więc uzupełnić biblioteczkę o Przewodnik operowy, niewielką w sumie książkę, która omawia najważniejszych twórców i dzieła tego gatunku. Bardzo polecam, ale laikom. Znawcy opery będą bowiem zniesmaczeni. To tak, jakby wydać dzieje literatury powszechnej i zamknąć je w jednym tomie, na np. 300 stronach. Wiadomo, że takie przedsięwzięcie wymaga szczególnej dbałości o detale, omawiany przewodnik jest jednak pozycją dla laika konieczną na początek przygody z operą. W dodatku dodam, że kupiłam go w księgarni za zawrotną kwotę 16.90 zł.

Casanova, reż. Federico Fellini
No i proszę Państwa, mamy prawdziwą ucztę dla kinomana. Casanova w wydaniu Felliniego jest dziełem po prostu tak dziwnym, że aż hipnotyzującym, od którego nie sposób się oderwać. Legendarny uwodziciel kobiet jest przedstawiony od czasów swojej świetności po upadek. Scenariusz jest dość prosty - perypetie Casanovy na salonach Europy, jego liczne romanse, podboje, awantury. Zwróćmy jednak szczególną uwagę na dialogi - są niezwykle intrygujące, obfitują w gry słowne pomiędzy bohaterami. Jednakże prawdziwą potęgą tego obrazu jest jego niesamowita strona wizualna, oniryzm, głęboka symbolika. Weźmy na pulpit sceny erotyczne - z jednej strony jest to film bardzo śmiały, ale z drugiej - metaforyczny, alegoryczny wręcz.
Warstwa wizualna obfituje w przepych, ale w ujęciu barokowym, opartym na kontrastach. Film bowiem jest... brzydki i bardzo brzydcy w nim aktorzy, wyjaskrawieni, w pewnym sensie wynaturzeni, groteskowi. To niesamowite dzieło po prostu trzeba obejrzeć, a jak już się zacznie oglądać - nie można, po prostu nie można się oderwać.
Znakomity, po prostu genialny Donald Sutherland:

Ta scena tańca wgniotła mnie w podłogę. Niestety, nie mogłam znaleźć filmiku z fragmentem, dodaję więc tylko zdjęcie:

Cremaster, reż. Matthew Barney
Cykl Cremaster to jeden z najbardziej niezwykłych przedsięwzięć artystycznych ostatnich (dwudziestu bodajże) lat. Oczywiście, moim skromnym zdaniem. Cykl pięciu filmów, które są bardzo śmiałymi artystycznymi wizjami, to prawdziwie malarska uczta. Hipnotyczne. Nie mam w zasadzie co więcej napisać, każdy powinien zobaczyć sam, w internecie można znaleźć czy we fragmentach, czy nawet w całości poszczególne części i na wolnej chwili nadrobić.
Turandot, reż. Paweł Passini
Moja pierwsza przygoda z tym spektaklem zaczęła się jeszcze w ziemie, wyemitowano go w TVP Kultura. Zrobił na mnie ogromne wrażenie. Bardzo przenikliwy, lecz również brutalny obraz, który wszczepia się w świadomość i przechodzi do krwiobiegu. Niesamowita strona wizualna w połączeniu ze wspaniałą warstwą muzyczną to prawdziwa feta. Jest to jednak dzieło dość trudne w odbiorze, hermetyczne, zwłaszcza dla laika, którym jestem. Brakuje mi narzędzi, aby obiektywnie i rzetelnie ocenić adaptację tej opery, jednak na stałe wbiła mi się w pamięć.
Przewodnik operowy, Jacek Marczyński
Obcowanie z tworzywem jakim jest opera uświadomiło mi, jak wielkie braki mam w tej materii. Postanowiłam więc uzupełnić biblioteczkę o Przewodnik operowy, niewielką w sumie książkę, która omawia najważniejszych twórców i dzieła tego gatunku. Bardzo polecam, ale laikom. Znawcy opery będą bowiem zniesmaczeni. To tak, jakby wydać dzieje literatury powszechnej i zamknąć je w jednym tomie, na np. 300 stronach. Wiadomo, że takie przedsięwzięcie wymaga szczególnej dbałości o detale, omawiany przewodnik jest jednak pozycją dla laika konieczną na początek przygody z operą. W dodatku dodam, że kupiłam go w księgarni za zawrotną kwotę 16.90 zł.
Casanova, reż. Federico Fellini
No i proszę Państwa, mamy prawdziwą ucztę dla kinomana. Casanova w wydaniu Felliniego jest dziełem po prostu tak dziwnym, że aż hipnotyzującym, od którego nie sposób się oderwać. Legendarny uwodziciel kobiet jest przedstawiony od czasów swojej świetności po upadek. Scenariusz jest dość prosty - perypetie Casanovy na salonach Europy, jego liczne romanse, podboje, awantury. Zwróćmy jednak szczególną uwagę na dialogi - są niezwykle intrygujące, obfitują w gry słowne pomiędzy bohaterami. Jednakże prawdziwą potęgą tego obrazu jest jego niesamowita strona wizualna, oniryzm, głęboka symbolika. Weźmy na pulpit sceny erotyczne - z jednej strony jest to film bardzo śmiały, ale z drugiej - metaforyczny, alegoryczny wręcz.
Warstwa wizualna obfituje w przepych, ale w ujęciu barokowym, opartym na kontrastach. Film bowiem jest... brzydki i bardzo brzydcy w nim aktorzy, wyjaskrawieni, w pewnym sensie wynaturzeni, groteskowi. To niesamowite dzieło po prostu trzeba obejrzeć, a jak już się zacznie oglądać - nie można, po prostu nie można się oderwać.
Znakomity, po prostu genialny Donald Sutherland:
Ta scena tańca wgniotła mnie w podłogę. Niestety, nie mogłam znaleźć filmiku z fragmentem, dodaję więc tylko zdjęcie:
Cremaster, reż. Matthew Barney
Cykl Cremaster to jeden z najbardziej niezwykłych przedsięwzięć artystycznych ostatnich (dwudziestu bodajże) lat. Oczywiście, moim skromnym zdaniem. Cykl pięciu filmów, które są bardzo śmiałymi artystycznymi wizjami, to prawdziwie malarska uczta. Hipnotyczne. Nie mam w zasadzie co więcej napisać, każdy powinien zobaczyć sam, w internecie można znaleźć czy we fragmentach, czy nawet w całości poszczególne części i na wolnej chwili nadrobić.
Subskrybuj:
Posty (Atom)