Z wielkim zainteresowaniem przyglądam się moim rówieśnikom robiącym przeróżne ciekawe rzeczy - od prowadzenia blogów do pisania książek. Jestem strasznie ciekawa, jak wygląda ich młode życie, z jakim bagażem doświadczeń żegnają się z dzieciństwem, witając dorosłość, kim są i kim chcą być. Czy ich życie jest diametralnie różne od mojego, czy ich głowy wypełniają inne myśli. A może wszyscy jesteśmy tacy sami?
Naładowana taką ciekawością sięgnęłam po książkę Dominiki Dymińskiej o wdzięcznym tytule Mięso i jest mi strasznie przykro, bo muszę po niej pojechać z góry na dół, nie widząc w niej ani jednej pozytywnej strony.
Ale po kolei.
Mięso jest takim trochę nie wiadomo czym. Ani to powieść, ani pamiętnik, ani dziennik. Jakieś postmodernistyczny twór, który mógłby być wszystkim, gdyby nie był niczym (tak tak, wyznanie na miarę postmodernisty). Jest to opowieść o dojrzewaniu. O brzydkiej dziewczynce, która nie totalnie nie akceptuje siebie i swojego ciała, ale ciało ma swoje potrzeby, więc dziewczynka je zaspokaja. Chodzi oczywiście o chuć. Opisy seksualnych doznań wychodzą na plan pierwszy. Bohaterka lubi się pieprzyć (bo słowa "uprawiać seks" są jakoś tak boleśnie bezbarwne, a "kochać się"... wobec tych wyrażeń bohaterka nawet nie stoi), nie jest w doborze partnerów jakoś wybredna, nie próbuje czytelnika przekonać, że chodzi jej o cokolwiek ponadto.
Mogłabym się naprawdę długo pastwić nad tą książeczką, która jest strasznie smutna i strasznie wkurwiająca (spieszę wyjaśnić dlaczego). Smutna, bo jest mi strasznie przykro, co bohaterka ma w głowie - okazuje się bowiem, że niewiele. Jest czystym uosobieniem wyrażenia zwiastującego klęskę i apokalipsę - POKOLENIA NIC. Wszystko jest tam takie NICowe, przeNICowujące, i, co najważniejsze, po NIC.
Relacje, nawet te, które mają być najgłębsze, nie wywołują w czytelniku żadnych uczuć, jedynie konsternację. Bardzo oczywiście spodobało mi się to, że bohaterka jest strasznie oczytana, czyta tyle, że hoho. Tylko książki czyta się po coś, najlepiej, żeby w głowie coś po nich zostało, a nie po to, żeby się chwalić samą czynnością.
Kiedyś pisałam o kolorach literatury. Ta ksiażka ma kolor zmarnowanego papieru, kolor dziury po drzewie, które mogłoby kwitnąć.
A, miałam napisać, co mnie w niej wkurwia. Nie wiem, czy to lęk, fobia, może frustracja, ale po prostu agresywnie reaguję na beznadziejną poezję. Rozumiem, że pisanie ma terapeutyczne właściwości i do szuflady może pisać każdy. Ale jeżeli każdy chce publikować i męczyć swoimi dokonaniami ewentualnych czytelników, to już jest dla mnie powód do otwarcia pudełka z napisem LINCZ. A niestety takie pseudo-coś funduje nam Pani Dominika, wplatając w swoje prozatorskie dokonania dokonania poetyckie. I ja naprawdę nie rozumiem jak można takie coś wydawać.
Pani Kinga Dunin napisała na tyle okładki tak:
"Neurotyczna potrzeba miłości przyprawia mnie o mdłości. Nienawidzę młodzieżowych powieści, dojrzewania, wrażliwych poetek i książek pisanych w pierwszej osobie, która nazywa się tak, jak autorka."
I tutaj, Pani Kingo, zgadzam się z Panią po prostu całkowicie, totalnie.
JA TEŻ TEGO NIENAWIDZĘ!
No ale niestety, opis ma ciąg dalszy, z którym nie tylko się nie zgadzam, ale po prostu nie rozumiem, nie ogarniam:
"Nienawidzę siebie za to, że czterdzieści lat temu ta książka by mi się spodobała. [mnie też może czterdzieści lat temu by się podobała. w innym życiu hue hue hue] Ba, uznałabym ją za genialną. Nienawidzę, ale czytam i nie mogę przestać. Bo to jest bardzo dobra książka!"
W sumie to polecam - ta przykra lektura sprawia ból i zostawia ślad w głowie, ale jest przykładem, jak nie pisać i czego nie wydawać.
Ale żeby nie było, że jestem niemiła (no, francowaty ten post trochę) - pani Dominika prowadzi naprawdę ciekawego bloga kulinarnego.
http://tastespotting.wordpress.com/
wtorek, 13 listopada 2012
środa, 24 października 2012
Weno, wróć!
Nie wiem dlaczego, ale ostatnio mam blogowy kryzys i to kryzys wręcz totalny - nie mam kompletnie pomysłów na posty. Każdy wydaje mi się banalny, oklepany, wtórny, dlatego nie piszę nic. Już mi trochę tego brakuje, więc, tak jak w tytule:
WENO WRÓĆ!
Na razie jednak, póki nie mam lepszego pomysłu, podzielę się przemyśleniami dotyczącymi różności z sieci.
Nowa płyta Marii Peszek zmiotła mnie z czasoprzestrzeni. Jest rewelacyjna, niesamowite teksty, hipnotyczny wokal i jak zawsze - to piosenka aktorska, na granicy performance, która wszczepia się w mózg i nie puszcza, oj, długo nie puszcza.
Moja mama słucha jakiegoś komercyjnego radia i naprawdę rzadko kiedy udaje się znaleźć jakąś ciekawą nowość. Ale... czasami jednak się udaje. Ta piosenka spodobała mi się w remiksie, ale akustycznie brzmi dużo lepiej. Podobnie stylem troszkę do CocoRosie, trochę nawet do Joanny Newsom. Polecam.
Ostatnio oglądałam kawałek jakiegoś żenującego filmu o tematyce więziennej i wiecie Państwo kto tam śpiewał? W dosłownie epizodzie, jako więzienny występ - Anthony! Zdziwiłam się wielce, może oznacza to, że film nie był tak żenujący jak o nim myślę? Niestety, nie obejrzałam go ani nawet do połowy, ba! nawet nie wiem, jaki nosi tytuł. Prawdziwie profesjonalny bloger.
Jak oglądam teledyski często przewija się przez moją głowę dość banalne pytanie:
Czy Jennifer Lopez upadła na głowę?
Takie teledyski pasują do stylistyki jakiejś gorącej dwudziestki, a nie do gorącej niemal pięćdziesiątki, nawet, jeżeli wygląda tak jak ona. fenomenu pana Pitbulla to nie pojmę po prostu nigdy.
Podobne odczucia mam podczas oglądania nowego teledysku Edyty Górniak. Dziwny, bardzo dziwny.
Chciałabym bardzo polecić dwa miejsca w sieci:
Fanpage na fejsie firmy Lady Sloth - dla miłośniczek tego rodzaju mody jest to pozycja wręcz obowiązkowa. Moja przyjaciółka, która projektuje wszystkie ubrania, jest najbardziej kreatywną osobą, jaką znam. Nie jest to firma oparta na chińskiej masówce, a prawdziwa manufaktura, gdzie o każdy detal dbają niesamowite ręce świetnej krawcowej. Nie polecałabym żadnej ściemy, proszę mi wierzyć, nie ten nastrój.
tutaj
Drugim miejscem w sieci, które chciałabym polecić, to blog największego mola książkowego, jakiego znam, Pieguski. Ona naprawdę ZAWSZE czyta - na wykładach, ćwiczeniach, przerwach - korzysta z każdej wolnej chwilki i wyciąga książki, których pochłania nieprawdopodobne ilości. Jej miejsce w sieci jest naprawdę wyjątkowe i można ją poznać jako niezwykle taktowną krytyczkę, o dobrym guście i interesującym piórze.
Poza tym do Pieguski zawsze będę miała słabość. Podczas gdy siebie mogłabym porównać do kundla, który ciągle szczeka, na co bądź macha ogonem i ogólnie jest niezbyt rozgarnięty, to ona jest jak piękny, rasowy kot. Zawsze taktowna, z wrodzonym wdziękiem, klasą. Mam nadzieję, że się na mnie nie obrazi za taką specyficzną laurkę, ale... liczę na Twoją wielkoduszność, Piegusko!:)
http://ksiazkojady.blogspot.com/
Swoją drogą... czy zdarza się Państwu porównywać siebie lub znajomych do zwierząt? Mnie tak, i to bardzo często. Mam dużo koleżanek-kotów, sama jednak, co już wspomniałam, zdecydowanie byłabym psem. Znam też kogoś, kto przypomina konia, czarnego Araba, o dość podłym usposobieniu. I tak mu się zawsze przypatruję, z podziwem i zachwytem, jak patrzy się na rasowe konie.
Teraz piosenka, której już tak dawno nie słuchałam, że aż wspominając na początku posta - zatęskniłam:
Czas zakończyć tą radosną twórczość i pokontemplować jakąś lekturę. Ale jednak wołam ponownie - WENO, WRÓĆ!
WENO WRÓĆ!
Na razie jednak, póki nie mam lepszego pomysłu, podzielę się przemyśleniami dotyczącymi różności z sieci.
Nowa płyta Marii Peszek zmiotła mnie z czasoprzestrzeni. Jest rewelacyjna, niesamowite teksty, hipnotyczny wokal i jak zawsze - to piosenka aktorska, na granicy performance, która wszczepia się w mózg i nie puszcza, oj, długo nie puszcza.
Moja mama słucha jakiegoś komercyjnego radia i naprawdę rzadko kiedy udaje się znaleźć jakąś ciekawą nowość. Ale... czasami jednak się udaje. Ta piosenka spodobała mi się w remiksie, ale akustycznie brzmi dużo lepiej. Podobnie stylem troszkę do CocoRosie, trochę nawet do Joanny Newsom. Polecam.
Ostatnio oglądałam kawałek jakiegoś żenującego filmu o tematyce więziennej i wiecie Państwo kto tam śpiewał? W dosłownie epizodzie, jako więzienny występ - Anthony! Zdziwiłam się wielce, może oznacza to, że film nie był tak żenujący jak o nim myślę? Niestety, nie obejrzałam go ani nawet do połowy, ba! nawet nie wiem, jaki nosi tytuł. Prawdziwie profesjonalny bloger.
Jak oglądam teledyski często przewija się przez moją głowę dość banalne pytanie:
Czy Jennifer Lopez upadła na głowę?
Takie teledyski pasują do stylistyki jakiejś gorącej dwudziestki, a nie do gorącej niemal pięćdziesiątki, nawet, jeżeli wygląda tak jak ona. fenomenu pana Pitbulla to nie pojmę po prostu nigdy.
Podobne odczucia mam podczas oglądania nowego teledysku Edyty Górniak. Dziwny, bardzo dziwny.
Chciałabym bardzo polecić dwa miejsca w sieci:
Fanpage na fejsie firmy Lady Sloth - dla miłośniczek tego rodzaju mody jest to pozycja wręcz obowiązkowa. Moja przyjaciółka, która projektuje wszystkie ubrania, jest najbardziej kreatywną osobą, jaką znam. Nie jest to firma oparta na chińskiej masówce, a prawdziwa manufaktura, gdzie o każdy detal dbają niesamowite ręce świetnej krawcowej. Nie polecałabym żadnej ściemy, proszę mi wierzyć, nie ten nastrój.
tutaj
Drugim miejscem w sieci, które chciałabym polecić, to blog największego mola książkowego, jakiego znam, Pieguski. Ona naprawdę ZAWSZE czyta - na wykładach, ćwiczeniach, przerwach - korzysta z każdej wolnej chwilki i wyciąga książki, których pochłania nieprawdopodobne ilości. Jej miejsce w sieci jest naprawdę wyjątkowe i można ją poznać jako niezwykle taktowną krytyczkę, o dobrym guście i interesującym piórze.
Poza tym do Pieguski zawsze będę miała słabość. Podczas gdy siebie mogłabym porównać do kundla, który ciągle szczeka, na co bądź macha ogonem i ogólnie jest niezbyt rozgarnięty, to ona jest jak piękny, rasowy kot. Zawsze taktowna, z wrodzonym wdziękiem, klasą. Mam nadzieję, że się na mnie nie obrazi za taką specyficzną laurkę, ale... liczę na Twoją wielkoduszność, Piegusko!:)
http://ksiazkojady.blogspot.com/
Swoją drogą... czy zdarza się Państwu porównywać siebie lub znajomych do zwierząt? Mnie tak, i to bardzo często. Mam dużo koleżanek-kotów, sama jednak, co już wspomniałam, zdecydowanie byłabym psem. Znam też kogoś, kto przypomina konia, czarnego Araba, o dość podłym usposobieniu. I tak mu się zawsze przypatruję, z podziwem i zachwytem, jak patrzy się na rasowe konie.
Teraz piosenka, której już tak dawno nie słuchałam, że aż wspominając na początku posta - zatęskniłam:
Czas zakończyć tą radosną twórczość i pokontemplować jakąś lekturę. Ale jednak wołam ponownie - WENO, WRÓĆ!
czwartek, 18 października 2012
Film, który mnie zabił
Dzisiaj na TVP2 o 22.10 będzie nadawany film Cztery miesiące, trzy tygodnie, dwa dni. Oglądałam go tylko raz i już wiem, że więcej go nie obejrzę, że będę uciekać przed nim z daleka. Żaden inny mną tak nie wstrząsnął. Nawet więcej - ten film mnie po prostu rozwalił. Oglądałam go na uczelni, na zajęciach z analizy dzieła filmowego i po prostu jak w amoku wracałam do domu, nie wiedząc nawet, jak się w nim znalazłam.
Straszny, straszny to film, miażdżący i wchodzący w krwiobieg, bez litości wpijający się w mózg.
Ale trzeba go obejrzeć. Innej recenzji nie będzie.
Straszny, straszny to film, miażdżący i wchodzący w krwiobieg, bez litości wpijający się w mózg.
Ale trzeba go obejrzeć. Innej recenzji nie będzie.
sobota, 13 października 2012
Jesień, wieczór i kryminał

Nadchodzi jesień, idealny czas na wieczory z książką. Tak jak w tytule, a do tego można dodać kubek kakao, herbaty, ewentualnie lampkę wina - wtedy nawet ulewy za oknem nie tylko nie przeszkadzają, ale podkręcają atmosferę w domowym zaciszu.
Chciałabym dzisiaj polecić dwie lektury idealne na ponury wieczór z książką. Są to powieści polskiej autorki, Joanny Bujak, która ma bardzo interesujące pióro.
Najpierw przeczytałam Bilbord, bardzo mroczny kryminał, którego akcja dzieje się w Kazimierzu nad Wisłą. Ktoś dokonuje bardzo wyrafinowanych i okrutnych zbrodni na kobietach. Wszystko to ma związek z Krzysztofem, właścicielem kwiaciarni, jego ojcem, zagadką z przeszłości. Nic więcej nie napiszę o fabule, nie ma sensu psuć efektu.
Drugą powieścią (chociaż chyba powstała jako pierwsza) jest Spadek. Mniej to kryminał, a bardziej thriller, który, powiem dosłownie - przeraził mnie nie na żarty. Wczoraj spędzałam wieczór sama w domu i naprawdę ze strachu mnie ponosiło. Historia dość banalna - młoda dziewczyna dostaje po dawno niewidzianej ciotce piękną kamienicę w centrum Krakowa. Ma dylemat, czy zdecydować się opuścić rodzinny Gdańsk, jednak decyduje się przyjąć spadek i zamieszkać w nowym miejscu naznaczonym przez siły, które ciężko ogarnąć rozumem.Wiele przedziwnych sytuacji autorka opisuje bardzo zręcznie i pozwala czytelnikowi zatracić się w lekturze. Chociaż końcówka też nieco rzewna, ale, niech będzie:) No i - gdyby pani Bujak zdecydowała się na opisanie dalszych losów tych przedziwnych przyjaciół - bardzo chętnie bym ten ciąg dalszy przeczytała!
Pisarstwo Bujak ma sporo zalet - autorka zręcznie buduje napięcie, sprawnie operuje słowem. Ma też oryginalne pomysły, nietuzinkowo rozwija fabułę. Ale jej styl niekiedy również i drażni - np. w Bilbordzie często kończyła zdanie trzykropkiem, czego po prostu nienawidzę i co mnie strasznie drażni. Moim zdaniem ten zabieg brzmi infantylnie i nadużywany sprawia wrażenie stylu pisarskiego z taniego czasopisma dla pań. Również zakończenie było nieco rzewne i banalne.
W Spadku natomiast główną bohaterkę, Małgorzatę, narrator opatrzył cudownym po prostu pseudonimem MEGI. Chyba przez 100 stron nie mogłam przestać się zastanawiać, jak można do żywego (a nie lalki, na przykład) , dorosłego człowieka (bo dla psa takie imię już bardziej rozumiem) zwracać się MEGI??
Przeszkadzała mi również przesadna racjonalność głównej bohaterki, już niemalże wymuszona przez narratora.
Powiem jednak szczerze, że pisarka ta jest warta zwrócenia na nią uwagi - pisze ciekawie, czasami nawet hardkorowo (opisy zbrodni w Bilbordzie są bardzo mroczne). Jedną z większych zalet jest miejsce akcji - Kraków czy Kazimierz to miasta piękne, pełne uroku, magii, a w pewnym sensie nawet i nieco mroczne. Autorka dodaje do fabuły, poprzez umiejscowienie jej tam, a nie gdzie indziej, nieco tajemnicy, często niewyjaśnionej, dziwnych zdarzeń, które ciężko wytłumaczyć.
Więc powiem tak - zamiast szukać minusów (mówię to głównie do siebie:P) warto dać się ponieść lekturze, odpłynąć na jej kartach. Myślę, że będzie warto.
poniedziałek, 8 października 2012
Czy da się uratować beznadziejny film?
Oglądając kilka lat temu zwiastuny wchodzącego wtedy do kin dzieła pod tytułem "Tron" miałam przeczucie, że to będzie obraz wyjątkowo żenujący. Ale ostatnio, z braku zupełnie innych możliwości i przemożnej chęci obejrzenia czegokolwiek, włączyliśmy z mężem tv na ten właśnie obraz.
I cóż mogę powiedzieć? No nie ma w "Tronie" niczego nadzwyczajnego, przeciętny filmik, nawet mniej niż przeciętny, bo oprócz tego, że jest dość mierny wizualnie, to jeszcze rości sobie prawo do metafizycznych rozważań, z czego wychodzi pseudointelektualny bełkot. Nie będę się nawet rozwodzić nad fabułą, która jest banalna jak telenowela i w ogóle bym nie traciła czasu na dywagacje gdyby nie
MUZYKA
która jest po prostu niesamowita. Tylko dla tej warstwy dało się obejrzeć "Tron" w całości, a nawet dzięki soundrackowi Daft Punkt (którzy za niego odpowiadają ) mogłabym ten film po prostu polecić. Zaznaczając oczywiście wszystkie jego minusy:)
Ścieżkę dźwiękową miałam już od dawna i nawet sama brzmi świetnie, ale razem z obrazem tworzy coś niesamowitego.
Odpowiadając na tytułowe pytanie : tak, beznadziejny film da się uratować (w tym sensie, że widz obejrzy go do końca), ale tylko pod warunkiem, że jeden z jego elementów będzie genialny.
Nie dodaję linków z jednego powodu - polecam obejrzeć całość.
I cóż mogę powiedzieć? No nie ma w "Tronie" niczego nadzwyczajnego, przeciętny filmik, nawet mniej niż przeciętny, bo oprócz tego, że jest dość mierny wizualnie, to jeszcze rości sobie prawo do metafizycznych rozważań, z czego wychodzi pseudointelektualny bełkot. Nie będę się nawet rozwodzić nad fabułą, która jest banalna jak telenowela i w ogóle bym nie traciła czasu na dywagacje gdyby nie
MUZYKA
która jest po prostu niesamowita. Tylko dla tej warstwy dało się obejrzeć "Tron" w całości, a nawet dzięki soundrackowi Daft Punkt (którzy za niego odpowiadają ) mogłabym ten film po prostu polecić. Zaznaczając oczywiście wszystkie jego minusy:)
Ścieżkę dźwiękową miałam już od dawna i nawet sama brzmi świetnie, ale razem z obrazem tworzy coś niesamowitego.
Odpowiadając na tytułowe pytanie : tak, beznadziejny film da się uratować (w tym sensie, że widz obejrzy go do końca), ale tylko pod warunkiem, że jeden z jego elementów będzie genialny.
Nie dodaję linków z jednego powodu - polecam obejrzeć całość.
wtorek, 2 października 2012
Wyższy level hardkoru czyli jestę filozofę
Zacznę od razu z grubej rury, bez żadnej ściemy - wybrałam się na studia filozoficzne. Po czterech miesiącach intensywnego i bezowocnego poszukiwania pracy (miałam tylko dwa wymagania - żeby nie był to sklep spożywczy i mięsny) pomyślałam sobie - a co, będę chociaż mądrzejsza, dopełnię swoje humanistyczne wykształcenie, a i może do doktoratu się to jakoś przyda.
Tak więc dzisiaj zasiadłam po raz pierwszy w ławie instytutu filozofii i do tej pory nie mogę się połapać.
Rano mieliśmy wykład z logiki i wykładowca był... wyjątkowo charyzmatyczny i raczył studentów takimi tekstami, których jeszcze w swojej karierze nie słyszałam. Jednakże oceniam go bardzo na plus i chociaż przedmiot wydaje mi się wyjątkowo hermetyczny, to z przyjemnością będę na niego chodzić i przypatrywać się, co Pan jeszcze wymyśli.
Najbardziej jednak, co mnie zdziwiło, to porządek organizacyjny, we wszelkim tego słowa znaczeniu. U nas, na polonistyce, w pierwszym tygodniu października panowała walka i chaos (żeby nawet nie powiedzieć - burdel). A tutaj? Kultura, nikt się nie bije o miejsca na seminarium, nikomu nie skacze ciśnienie przy wyborze grup, każdy grzecznie czeka przed sekretariatem na wpisanie się w odpowiednią listę (to już mnie rozwaliło! W moim dotychczasowym doświadczeniu na zajęcia, które były najbardziej atrakcyjne - tematycznie czy "godzinowo" - robiło się jakąś szemraną listę i kto pierwszy ją zaniósł wykładowcy, ten miał farta. Reszta przeklinała w głos i odgrażała się, że sobie to zapamięta i w następnym semestrze pomści sprawę nie umieszczając delikwenta/delikwentki na wybranym przedmiocie. I tak co semestr).
Wydaje mi się, że klimat zajęć będzie zupełnie różny od tych znanych mi dotychczas. A co się okaże? Zobaczymy, ale pewnie jeszcze napiszę na ten temat kilka słów w przyszłości.
Można się zastanawiać - po co ten post? Jest niezbyt długi, bardzo niekonkretny.
Co, Margaryno, chciałaś się pochwalić, jaka jesteś mądra?
Odpowiedź jest banalna - każda nowość w życiu musi być oswojona. W ten sposób ja oswajam nowy rozdział o nazwie studia filozoficzne. Czy okaże się to wyborem dobrym, czy złym - czas pokaże. Liczę tylko na jedno - że będzie to fascynująca podróż intelektualna.
Tak więc dzisiaj zasiadłam po raz pierwszy w ławie instytutu filozofii i do tej pory nie mogę się połapać.
Rano mieliśmy wykład z logiki i wykładowca był... wyjątkowo charyzmatyczny i raczył studentów takimi tekstami, których jeszcze w swojej karierze nie słyszałam. Jednakże oceniam go bardzo na plus i chociaż przedmiot wydaje mi się wyjątkowo hermetyczny, to z przyjemnością będę na niego chodzić i przypatrywać się, co Pan jeszcze wymyśli.
Najbardziej jednak, co mnie zdziwiło, to porządek organizacyjny, we wszelkim tego słowa znaczeniu. U nas, na polonistyce, w pierwszym tygodniu października panowała walka i chaos (żeby nawet nie powiedzieć - burdel). A tutaj? Kultura, nikt się nie bije o miejsca na seminarium, nikomu nie skacze ciśnienie przy wyborze grup, każdy grzecznie czeka przed sekretariatem na wpisanie się w odpowiednią listę (to już mnie rozwaliło! W moim dotychczasowym doświadczeniu na zajęcia, które były najbardziej atrakcyjne - tematycznie czy "godzinowo" - robiło się jakąś szemraną listę i kto pierwszy ją zaniósł wykładowcy, ten miał farta. Reszta przeklinała w głos i odgrażała się, że sobie to zapamięta i w następnym semestrze pomści sprawę nie umieszczając delikwenta/delikwentki na wybranym przedmiocie. I tak co semestr).
Wydaje mi się, że klimat zajęć będzie zupełnie różny od tych znanych mi dotychczas. A co się okaże? Zobaczymy, ale pewnie jeszcze napiszę na ten temat kilka słów w przyszłości.
Można się zastanawiać - po co ten post? Jest niezbyt długi, bardzo niekonkretny.
Co, Margaryno, chciałaś się pochwalić, jaka jesteś mądra?
Odpowiedź jest banalna - każda nowość w życiu musi być oswojona. W ten sposób ja oswajam nowy rozdział o nazwie studia filozoficzne. Czy okaże się to wyborem dobrym, czy złym - czas pokaże. Liczę tylko na jedno - że będzie to fascynująca podróż intelektualna.
środa, 26 września 2012
Pakiet wrześniowy
Oj, we wrześniu mój blog zarósł pajęczyną! Nie wiem na co zwalić taki stan rzeczy - po prostu czytelniczo czy filmowo niewiele się u mnie działo. Nadal brnę przez "Braci Karamazow" - nadal przez to samo okropne wydanie, które utrudnia mi lekturę. Do tego stopnia, że raczę się co jakiś czas jakimiś przerywnikami.
Kryminał niekryminalny
Jestem właśnie przy lekturze "Grabarza lalek" niemieckiej pisarki Petry Hammesfahr i zachowam się nieprofesjonalnie, a wręcz infantylnie, gdyż zachwycę się książką przed skończeniem jej, ba! przed połową! (Drogie Dzieci, nie próbujcie tego na swoich blogach). Jednakże ujmuje mnie swoim... no właśnie, czym? Przede wszystkim warstwą obyczajową, a nie wątkiem kryminalnym. Rzecz dzieje się w 1995 roku, kiedy w niemieckiej wsi giną młode kobiety. Ale to tylko, zdaje się, pretekst, do snucia bardzo gorzkiej refleksji na temat natury i kondycji ludzkiej.
Centralną postacią jest Ben, niepełnosprawny intelektualnie, ale niesamowicie rozwinięty fizycznie młody chłopak. Poznajemy jego dzieciństwo i młodość, rodziców, siostry, otoczenie. Bardzo, bardzo interesująca lektura. Z jednej strony ma w sobie coś maksymalnie odpychającego, ale z drugiej - hipnotyzuje i nie pozwala się oderwać. Mam przeczucie, że to dobry wybór na jesienny wieczór.
Przy okazji chciałabym pozwolić sobie na drobną dygresję. Wspominałam już, że bardzo lubię początek "Biegunów" Olgi Tokarczuk. Ilekroć czytam powieść z postacią (lub postaciami) w jakimś sensie odstającymi od szeroko rozumianej "normalności" (tak było również z niedawną lekturą "Ty pierwszy, Max"), tyle razy mam w pamięci ten (moim zdaniem absolutnie wyjątkowy) cytat:
"Mój zespół objawów polega na tym, że pociąga mnie wszystko, co popsute, niedoskonałe, ułomne,
pęknięte. Interesują mnie formy byle jakie, pomyłki w dziele stworzenia, ślepe zaułki. To, co miało się
rozwinąć, ale z jakichś względów pozostało niedorozwinięte; albo wręcz przeciwnie - przerosło plan.
Wszystko, co odstaje od normy, co jest za małe albo za duże, wybujałe lub niepełne, monstrualne i odrażające. Formy, które nie pilnują symetrii, które się multiplikują, przyrastają po bokach, pączkują, lub przeciwnie, redukują wielość do jedności. Nie interesują mnie wydarzenia powtarzalne, te, nad którymi z uwagą pochyla się statystyka, te, które wszyscy celebrują z zadowolonym, familiarnym uśmiechem
na twarzach. Moja wrażliwość jest teratologiczna, monstrofilalna. Mam nieustanne i męczące przekonanie, że właśnie tutaj prawdziwy byt przebija się na powierzchnię i ujawnia swoją naturę. Nagłe, przypadkowe odsłonięcie. Wstydliwe "ups", rąbek bielizny spod starannie uplisowanej spódnicy.Metalowy, ohydny szkielet wyłazi nagle spod aksamitnego obicia; erupcja sprężyny z pluszowego fotela, która bezwstydnie demaskuje iluzję wszelkiej miękkości. Gabinet osobliwości Nigdy nie byłam zbyt ochoczą bywalczynią muzeów sztuki, i jeżeli to miałoby zależeć ode mnie, zamieniłabym je z chęcią na gabinety osobliwości, gdzie zbiera się i eksponuje to, co rzadkie i niepowtarzalne, dziwaczne i monstrowate. To, co istnieje w cieniu świadomości, a kiedy tam spojrzeć - umyka z pola widzenia. Tak, z pewnością mam ten nieszczęsny syndrom. Nie pociągają
mnie kolekcje w centrum miast, lecz te małe, przyszpitalne, często zniesione do piwnic jako niegodne cenionych miejsc wystawienniczych i wskazujące na podejrzany gust dawnych kolekcjonerów. Salamandra z
dwoma ogonami w owalnym słoju, pyszczkiem ułożona ku górze, czekająca dnia sądnego, gdy wszystkie
preparaty świata w końcu zmartwychwstaną. Nerka delfina w formalinie. Czaszka owcy, czysta anomalia, podwójną liczbą oczu, uszu i pysków, piękna jak wizerunek starożytnego bóstwa o wieloznacznej naturze.(...)
wszystkie dziwaczne, o nienormalnych kształtach; widocznie ktoś uznał, że tym wybrykom natury należy się nieśmiertelność i że przetrwa tylko to, co inne. Właśnie ku temu się cierpliwie poruszam w moich
podróżach, tropiąc błędy i wpadki stworzenia. Nauczyłam się pisać w pociągach, hotelach i poczekalniach. Na rozkładanych stolikach samolotów. Notuję w czasie obiadu pod stołem albo w toalecie. Piszę w muzeum na schodach, w kawiarniach, w zaparkowanym na poboczu samochodzie. Zapisuję na skrawkach papieru, w notesach, na pocztówkach, na skórze dłoni, na serwetkach, na marginesach książek. Najczęściej są to krótkie zdania, obrazki, ale czasem przepisuję fragmenty z gazet. Bywa, że uwiedzie mnie jakaś wyłuskana z tłumu postać i wtedy zbaczam z mojej marszruty, żeby za nią przez chwilę podążać, zacząć opowieść. To dobra metoda; doskonalę się w niej. Z roku na rok moim sprzymierzeńcem staje się czas, jak dla każdej kobiety - zrobiłam się niewidoczna, przezroczysta. Mogę poruszać się jak duch, zaglądać ludziom przez ramię, przysłuchiwać się ich kłótniom i patrzeć, jak śpią z głową na plecaku, jak mówią do siebie, nieświadomi mojej obecności, poruszając samymi wargami, formułując słowa, które to ja zaraz za nich wypowiem. Widzieć to wiedzieć Celem mojej pielgrzymki jest zawsze inny pielgrzym.
Tym razem ułomny, w częściach. (...)"
Taka właśnie jest ta powieść - pokazuje to wstydliwe "ups" - coś, co skrzętnie grzebiemy za drzwiami naszego domu, co grzebią nasi sąsiedzi, o czym szepcą całe wsie. Nie przeczytałam jeszcze tej lektury do końca i na pewno do niej tutaj wrócę.
Kryminał zdecydowanie niestandardowy
"W labiryncie ulubionych miejsc" Susan Hill przeczytałam niemalże w jeden wieczór, co nie było sprawą niesamowicie wciągającej zagadki kryminalnej, a również, jak w przypadku powyżej, tła obyczajowego. Tutaj jednak silniej wysuwa się na prowadzenie jednak podążanie za rozwiązaniem, z tym, że autorka dokonała bardzo, ale to bardzo dziwnego (i niezwykle wkurzającego!) zabiegu. Kto chce wiedzieć, o czym mowa, ten niech przeczyta poniższy akapit, jednak jeżeli Czytelniku zechcesz sięgnąć po tę książkę (uważam, że warto, ale bez jakiś spektakularnych doznań), niech akapit ominie.
Autorka bowiem bardzo interesująco przedstawia postaci. No, nie ona pierwsza, można rzecz - wielu autorów bardzo interesująco przedstawia postaci. Susan Hill pozwala sobie jednak iść o krok dalej - każe niejako poczuć sympatię z ofiarą. Np. Grubą, zakompleksioną nastolatką z depresją, która już powoli wychodziła na prostą. I nagle - TRACH! Morderca!
Polskie kino na miarę reszty z piątki*
Złapałam się na tym, że traktuję polskie kino trochę jak młodszego brata - niby surowo i karcąco, ale jednak zawsze bronię. Oczywiście mówię o produkcjach ambitniejszych nieco od, dajmy na no, komedyjek romantycznych. Zauważyłam na blogach miażdżącą krytykę "Yumy", o której nie napisałam niczego złego i trzymam się swojego zdania. Może niewiele od kina wymagam?
Ale...
Jak tu wymagać więcej, kiedy w Polsce kręci się filmy (chociaż powinnam się wyrazić precyzyjniej - koszmary) na miarę obejrzanej przeze mnie niedawno niejakiej "Randki w ciemno"? Nie istnieje żadne pozytywne słowo na obronę tego żenującego obrazu. Zero, ale to absolutne zero plusów. Zacznę od głównej bohaterki, granej przez Katarzynę Maciąg (nie znałam jej, szczerze powiem), która ma w swoim aktorskim dorobku trzy miny na krzyż. Nikt i nic w tym filmie nie wypada przekonująco, obiecująco, ani nawet przyzwoicie. Scenariusz, moim zdaniem, powinien dostać nagrodę BEZNADZIEI WSZECHCZASÓW. Mogłabym się nadal wysilać i pastwić nad tym czymś, ale szkoda mi czasu, ciekawa książka na mnie czeka.
* w moim i moich znajomych prywatnym slangu określenie, że coś jest "jak za resztę z piątki" jest prawdziwą obelgą. Np. pan w szykownym dresie w starym golfie (samochodzie, nie swetrze:P ) jest jak cwaniak za resztę z piątki.
Ale dużo literek! Jeżeli, Czytelniku, dobrnąłeś do tego miejsca, to nie jesteś Czytelnikiem za resztę z piątki:)
Kryminał niekryminalny
Centralną postacią jest Ben, niepełnosprawny intelektualnie, ale niesamowicie rozwinięty fizycznie młody chłopak. Poznajemy jego dzieciństwo i młodość, rodziców, siostry, otoczenie. Bardzo, bardzo interesująca lektura. Z jednej strony ma w sobie coś maksymalnie odpychającego, ale z drugiej - hipnotyzuje i nie pozwala się oderwać. Mam przeczucie, że to dobry wybór na jesienny wieczór.
Przy okazji chciałabym pozwolić sobie na drobną dygresję. Wspominałam już, że bardzo lubię początek "Biegunów" Olgi Tokarczuk. Ilekroć czytam powieść z postacią (lub postaciami) w jakimś sensie odstającymi od szeroko rozumianej "normalności" (tak było również z niedawną lekturą "Ty pierwszy, Max"), tyle razy mam w pamięci ten (moim zdaniem absolutnie wyjątkowy) cytat:
"Mój zespół objawów polega na tym, że pociąga mnie wszystko, co popsute, niedoskonałe, ułomne,
pęknięte. Interesują mnie formy byle jakie, pomyłki w dziele stworzenia, ślepe zaułki. To, co miało się
rozwinąć, ale z jakichś względów pozostało niedorozwinięte; albo wręcz przeciwnie - przerosło plan.
Wszystko, co odstaje od normy, co jest za małe albo za duże, wybujałe lub niepełne, monstrualne i odrażające. Formy, które nie pilnują symetrii, które się multiplikują, przyrastają po bokach, pączkują, lub przeciwnie, redukują wielość do jedności. Nie interesują mnie wydarzenia powtarzalne, te, nad którymi z uwagą pochyla się statystyka, te, które wszyscy celebrują z zadowolonym, familiarnym uśmiechem
na twarzach. Moja wrażliwość jest teratologiczna, monstrofilalna. Mam nieustanne i męczące przekonanie, że właśnie tutaj prawdziwy byt przebija się na powierzchnię i ujawnia swoją naturę. Nagłe, przypadkowe odsłonięcie. Wstydliwe "ups", rąbek bielizny spod starannie uplisowanej spódnicy.Metalowy, ohydny szkielet wyłazi nagle spod aksamitnego obicia; erupcja sprężyny z pluszowego fotela, która bezwstydnie demaskuje iluzję wszelkiej miękkości. Gabinet osobliwości Nigdy nie byłam zbyt ochoczą bywalczynią muzeów sztuki, i jeżeli to miałoby zależeć ode mnie, zamieniłabym je z chęcią na gabinety osobliwości, gdzie zbiera się i eksponuje to, co rzadkie i niepowtarzalne, dziwaczne i monstrowate. To, co istnieje w cieniu świadomości, a kiedy tam spojrzeć - umyka z pola widzenia. Tak, z pewnością mam ten nieszczęsny syndrom. Nie pociągają
mnie kolekcje w centrum miast, lecz te małe, przyszpitalne, często zniesione do piwnic jako niegodne cenionych miejsc wystawienniczych i wskazujące na podejrzany gust dawnych kolekcjonerów. Salamandra z
dwoma ogonami w owalnym słoju, pyszczkiem ułożona ku górze, czekająca dnia sądnego, gdy wszystkie
preparaty świata w końcu zmartwychwstaną. Nerka delfina w formalinie. Czaszka owcy, czysta anomalia, podwójną liczbą oczu, uszu i pysków, piękna jak wizerunek starożytnego bóstwa o wieloznacznej naturze.(...)
wszystkie dziwaczne, o nienormalnych kształtach; widocznie ktoś uznał, że tym wybrykom natury należy się nieśmiertelność i że przetrwa tylko to, co inne. Właśnie ku temu się cierpliwie poruszam w moich
podróżach, tropiąc błędy i wpadki stworzenia. Nauczyłam się pisać w pociągach, hotelach i poczekalniach. Na rozkładanych stolikach samolotów. Notuję w czasie obiadu pod stołem albo w toalecie. Piszę w muzeum na schodach, w kawiarniach, w zaparkowanym na poboczu samochodzie. Zapisuję na skrawkach papieru, w notesach, na pocztówkach, na skórze dłoni, na serwetkach, na marginesach książek. Najczęściej są to krótkie zdania, obrazki, ale czasem przepisuję fragmenty z gazet. Bywa, że uwiedzie mnie jakaś wyłuskana z tłumu postać i wtedy zbaczam z mojej marszruty, żeby za nią przez chwilę podążać, zacząć opowieść. To dobra metoda; doskonalę się w niej. Z roku na rok moim sprzymierzeńcem staje się czas, jak dla każdej kobiety - zrobiłam się niewidoczna, przezroczysta. Mogę poruszać się jak duch, zaglądać ludziom przez ramię, przysłuchiwać się ich kłótniom i patrzeć, jak śpią z głową na plecaku, jak mówią do siebie, nieświadomi mojej obecności, poruszając samymi wargami, formułując słowa, które to ja zaraz za nich wypowiem. Widzieć to wiedzieć Celem mojej pielgrzymki jest zawsze inny pielgrzym.
Tym razem ułomny, w częściach. (...)"
Taka właśnie jest ta powieść - pokazuje to wstydliwe "ups" - coś, co skrzętnie grzebiemy za drzwiami naszego domu, co grzebią nasi sąsiedzi, o czym szepcą całe wsie. Nie przeczytałam jeszcze tej lektury do końca i na pewno do niej tutaj wrócę.
Kryminał zdecydowanie niestandardowy
"W labiryncie ulubionych miejsc" Susan Hill przeczytałam niemalże w jeden wieczór, co nie było sprawą niesamowicie wciągającej zagadki kryminalnej, a również, jak w przypadku powyżej, tła obyczajowego. Tutaj jednak silniej wysuwa się na prowadzenie jednak podążanie za rozwiązaniem, z tym, że autorka dokonała bardzo, ale to bardzo dziwnego (i niezwykle wkurzającego!) zabiegu. Kto chce wiedzieć, o czym mowa, ten niech przeczyta poniższy akapit, jednak jeżeli Czytelniku zechcesz sięgnąć po tę książkę (uważam, że warto, ale bez jakiś spektakularnych doznań), niech akapit ominie.Autorka bowiem bardzo interesująco przedstawia postaci. No, nie ona pierwsza, można rzecz - wielu autorów bardzo interesująco przedstawia postaci. Susan Hill pozwala sobie jednak iść o krok dalej - każe niejako poczuć sympatię z ofiarą. Np. Grubą, zakompleksioną nastolatką z depresją, która już powoli wychodziła na prostą. I nagle - TRACH! Morderca!
Zapewniam,
to nie jedyny ciekawy zabieg, i jedno mogę powiedzieć - powieść ta
zapada w pamięć. I również zadaje pytanie o kondycję czytelnika. Bo z
jednej strony współczesny czytelnik domaga się dzieł nietuzinkowych,
gardzi banałem, w dalekim poważaniu ma schematy. Ale kiedy funduje mu
się zakończenie inne niż typowy happy end - czuje głębokie
rozczarowanie, a wręcz złość - no jak to tak!? kto by pomyślał?!
Skandal!! Mówię Państwu - zdziwiłam się własną reakcją.
Polskie kino na miarę reszty z piątki*
Złapałam się na tym, że traktuję polskie kino trochę jak młodszego brata - niby surowo i karcąco, ale jednak zawsze bronię. Oczywiście mówię o produkcjach ambitniejszych nieco od, dajmy na no, komedyjek romantycznych. Zauważyłam na blogach miażdżącą krytykę "Yumy", o której nie napisałam niczego złego i trzymam się swojego zdania. Może niewiele od kina wymagam?
Ale...
Jak tu wymagać więcej, kiedy w Polsce kręci się filmy (chociaż powinnam się wyrazić precyzyjniej - koszmary) na miarę obejrzanej przeze mnie niedawno niejakiej "Randki w ciemno"? Nie istnieje żadne pozytywne słowo na obronę tego żenującego obrazu. Zero, ale to absolutne zero plusów. Zacznę od głównej bohaterki, granej przez Katarzynę Maciąg (nie znałam jej, szczerze powiem), która ma w swoim aktorskim dorobku trzy miny na krzyż. Nikt i nic w tym filmie nie wypada przekonująco, obiecująco, ani nawet przyzwoicie. Scenariusz, moim zdaniem, powinien dostać nagrodę BEZNADZIEI WSZECHCZASÓW. Mogłabym się nadal wysilać i pastwić nad tym czymś, ale szkoda mi czasu, ciekawa książka na mnie czeka.
* w moim i moich znajomych prywatnym slangu określenie, że coś jest "jak za resztę z piątki" jest prawdziwą obelgą. Np. pan w szykownym dresie w starym golfie (samochodzie, nie swetrze:P ) jest jak cwaniak za resztę z piątki.
Ale dużo literek! Jeżeli, Czytelniku, dobrnąłeś do tego miejsca, to nie jesteś Czytelnikiem za resztę z piątki:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)