środa, 3 lipca 2013

Dlaczego "Dziewczyny" są takie jak my

O serialu "Dziewczyny" słyszałam od koleżanek sporo dobrego. Pozytywnych opinii było na tyle dużo, że postanowiłam spróbować. I przez pierwsze dwa odcinki byłam bardzo zaskoczona całym entuzjazmem. Trzeci obejrzałam, bo nie miałam co robić. A następne - bo mnie po prostu wciągnęły. Nie jest to serial, przy którym płaczę ze śmiechu, nie przejmuję się też niesamowicie losami dziewczyn. Jego siłą jest jednak naturalność, to, że strasznie dużo dziewczyn w tym wieku może się dopatrzeć jakiś związków z którąś z bohaterek. Ja np. byłabym zdecydowanie Haną, ze względu na wygląd, ambicje intelektualne, a nawet chyba podobnie się ubieram. No, to jest nieważne w gruncie rzeczy, chodzi po prostu o to, że ten serial zdaje się być blisko życia współczesnych kobiet w wieku 20+. Hannah ma nadwagę, ma z tego powodu kompleksy, ale kamera nie ukrywa jej ciała podczas zbliżeń. Jessa jest trochę walnięta, w takim sensie - szalona, crazy - ale z jakim akcentem mówi - mogłabym jej słuchać bez końca! Shoshana - no kto nie zna takiej Shoshany! Jest po prostu kwintesencją samej siebie! I ambitna, piękna i mądra Marnie, którą lubię najmniej.

Wiem, że nazywa się "Dziewczyny" współczesną wersją "Seksu w wielkim mieście". No, może i coś w tym jest, ale nowsza produkcja jest zdecydowanie mniej zabawna, co nie znaczy, że cięższa. Ogólnie to bardzo polecam, zwłaszcza na lato. I tylko dziewczynom - faceci jakoś tej produkcji nie lubią... Może dlatego, że też jest tam o nich pewna prawda, a panowie jej w ten sposób podanej przyjmować nie lubią.

wtorek, 2 lipca 2013

Yrsa (po raz kolejny) królową kryminału



Zakończoną sesję postanowiłam sobie wynagrodzić książką mojej ulubionej autorki kryminałów - Yrsy Sigurdardottir "Pamiętam cię". Uważam, że jest to najlepsza jej książka, którą przeczytałam. Dodam, że tym razem sprawy nie prowadzi prawniczka Thora.

Autorka akcję umiejscawia jak zwykle w Islandii, na odludnym fiordzie. Klimat tej powieści jest po prostu niesamowity, tak mroczny, że gdybym sięgnęła po nią podczas jesiennego wieczoru, to chyba brakowałoby mi tchu. Trójka bohaterów decyduje się odnowić stary dom w wyludnionej osadzie, dokąd można dotrzeć jedynie drogą morską. Pozostawieni sami sobie, bez prądu, bieżącej wody, wśród surowej przyrody mają nieustanne wrażenie, że ktoś ich obserwuje. Później dowody czyjejś obecności stają się bardziej namacalne.

Drugi plan toczy się wokół psychiatry, któremu zaginął syn. Bada dziwną sprawę samobójstwa pewnej kobiety. Te historie splotą się ze sobą, prowadząc czytelnika do mrocznego finału.

Uważam, że jest to najbardziej precyzyjna ze wszystkich książek Yrsy. Autorka bardzo przemyślała konstrukcję, tocząc akcję z jednej powoli bardzo wolno, ale tak potęgując napięcie, że nieraz musiałam wziąć głęboki oddech. Fakt, nieraz przesadza z dawkowaniem strachu, wszystkiego zdaje się być w pewnych momentach za dużo, za gęsto i zbyt strasznie, ale jestem pod dużym wrażeniem.

Polecam wszystkim tę powieść, której chyba gatunkowo najbliżej do horroru, jeszcze z innego powodu -  ciekawie zarysowanych postaci, które doprawiają całą fabułę sporym prawdopodobieństwem psychologicznym. No, nie ma się co rozpisywać - naprawdę każdy fan kryminałów z mooocnym dreszczykiem powinien po "Pamiętam cię" sięgnąć.

czwartek, 16 maja 2013

I kto okazał się kłamcą?

O pisarstwie Tomasza Białkowskiego słyszałam tyle dobrego, że korzystając z wolnej chwili postanowiłam skosztować. Niestety, nie mogłam zdobyć "Drzewa morwowego", ale - co mi tam - pomyślałam, sięgając po drugą część z serii - "Kłamcę". Nie od dziś wiadomo, że cykle mają to do siebie, że, fakt, części nawiązują do siebie, ale są też odrębną historią.

No niestety. Książka ta zawodzi na każdej płaszczyźnie. Językowo - jest napisana w taki sposób, jakiego ja po prostu nienawidzę i męczę się przy czytaniu okrutnie - bardzo krótkie, pojedyncze zdania. Język jest schematyczny, wręcz - banalny. No ale dobra, można to zdzierżyć, gdyby tylko temperatura fabuły pozwalała się oderwać od tych mankamentów. Ale niestety - historia wydaje mi się tak nudna i niewciągająca, jak mało co. Przede wszystkim sam bohater - Paweł Werens jest człowiekiem, który nie jest za grosz przekonujący, ciekawy, intrygujący, no nic. Nie, że się go nie lubi - on po prostu mnie kompletnie nie interesował, tak, jakby nie był głównym bohaterem powieści. Z resztą narrator oddaje co fajniejsze pomysły i kwestie innym bohaterom - policjantowi Derze i pani doktor Lenie (która, nota bene, jest tak strasznie mądra, że jest to chyba najbardziej nieautentyczna postać), którzy rozwiązują śledztwo za Pawła, on ma tylko po prostu efektownie zginąć. No, takie mam odczucia.

Fabuła jest tak strasznie schematyczna, że aż idiotyczna. Wiem, wiem - nie czytałam pierwszej części, a "Kłamca" jest kontynuacją. Ale, o zgrozo, po tej przygodzie nawet mi się nie śni, by po pierwszą część sięgnąć. Mamy tajemniczy prolog z przeszłości, makabryczne i misternie przemyślane morderstwa, zagadkę biblijną w tle, jakieś poszczególne fragmenty układanki, które zaczynają się w pewnym momencie układać w jedną całość. Tyle, że jest to powieść bardzo kiepska, której poszczególne części składowe znamy po tysiąckroć. Oprócz irytującej i wszechwiedzącej Leny, szczególnie miałki i jałowy jest czarny charakter, niejaki Camargue ( taka ksywa? seriously?) - w wieku 19 lat trafił do więzienia na lat 20, gdzie był poniżany, gwałcony, upodlany wręcz, a skąd wydostał go mistrz jakiejś tam sekciny. Oczywiście Pan-Zajebista-Ksywa jest ślepo oddany swojemu wybawcy. Czy nie znamy takiego schematu z chociażby "Aniołów i Demomów" Browna? Nie ma co ukrywać, że każdy kryminał bazuje na schematach, ale na niektóre czytelnik chce się po prostu dać nabrać, a podczas "Kłamcy" czuje się zwyczajnie nabity w butelkę.
Aha - i jeszcze tytuł. Nie bardzo go rozumiem, dlatego tłumaczę, że kłamcą jest autor i wydawca pospołu, obiecując kryminał, a realizując nie wiem co, ale nie obietnicę. 

No, mogłabym tak dłużej, ale nie ma sensu. Jest to książka kiepska, przewidywalna i męcząco napisana. Nawet zagadki-tropy ukryte w architekturze miasta, tutaj nie wywołują ani jednej emocji. I te dialogi... Gdyby ktoś je rzeczywiście wypowiadał, to chyba byłyby to manekiny w witrynie sklepowej.

No cóż, nie polecam. Przeczytałam do końca, ale tylko dlatego, że jest to książeczka "dwugodzinka", a tyle czasu mogę kiepskiej powieści poświęcić. I ani minuty więcej.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

O czym myślę, kiedy myślę o blogowaniu

Hej Dzieci!

Jakoś tutaj teraz nie bywam - zawaliłam się szczelnie obowiązkami. Nie znaczy to, że niczego nie czytam i nie oglądam, ale nie mam jakoś potrzeby pisania o tym. No bo np. o takim "Django"  mogłabym napisać jedno zdanie - tym razem Tarantino przesadził i tak strasznie mnie znudził, że aż odebrał chęć wypowiedzi na swój temat. Zachwycił mnie Christoph Waltz i chyba tak samo Leonardo di Caprio, ich role rzeczywiście są perłami, ale nie obejrzałabym tego obrazu drugi raz nawet, gdyby mi płacili.
Albo np. "Poradnik pozytywnego myślenia" - rzeczywiście, genialna Jennifer Lawrence, nie chcę być zarozumiała czy coś, ale już przy "Igrzyskach śmierci", jedynym filmie z nią, który widziałam, wierzyłam mocno, że ta dziewczyna ma wielki talent. Film okazał się przyjemną rozrywką, ale jakoś nie umieram z zachwytu nad nim.

Jeżeli chodzi o książki to przede wszystkim wracam do Joanny Bator. Chcę na jej temat pisać pracę i cały czas, ciągle od nowa, łapię bakcyla, zachwycając się jej książkami tak, że aż nudzę otoczenie.

Z kolei Michel Houellebecq, którego uznawałam za swoje objawienie literackie, Mapą i terytorium szczerze mnie znudził. Wydaje mi się, że on cały czas pisze jedną i tę samą książkę.

Polecam bardzo, bardzo mocno rzecz Joanny Tokarskiej-Bakir Legendy o krwi. Antropologia przesądu. Wiem, że polecanie tej pozycji w takiej notce pasuje jak pies do jeża, ale ta rzecz zajmuje mnie najdłużej przez ostatnie miesiące. Jest to nie tylko arcyciekawa monografia na temat legend o krwi i chyba stosunków polsko-żydowskich ogólnie, ale też wzór - jak powinna wyglądać praca badawcza, jak powinna być napisana. Tam nawet przypisy są warte osobnych referatów. Dlatego jej czytanie mi tak mozolnie idzie - wymaga skupienia, przetrawienia, a czasami nawet wewnętrznego dialogu, pewnych przewartościowań.

Rzeszowianom polecam przyjrzeć się repertuarowi teatru Maska na miesiąc maj. Ja już zarezerwowałam bilety na Fedrę, marzę, żeby obejrzeć Turandot, ale niestety - akurat w piątek nie będę mogła. Ale kto da radę - polecam najmocniej, myślę, że to będzie coś bardzo, bardzo dobrego.

No, i żeby nie było za ciężko i nazbyt intelektualnie - polecam piosenki, których słucham wraz z nadejściem pięknej pogody i które do niej niesamowicie pasują.
Justin, och, Justin... Jesteś super!



Daft Punk lubię nie mniej, a jeszcze w duecie z Pharrelem - to się nie mogło nie udać!



Zauważyłam też coś ciekawego na blogach. Te zakątki w sieci, które kiedyś bardzo lubiłam, przestają powoli być odważnym, mądrym czy ironicznym komentarzem rzeczywistości, a stają się wykładnią światopoglądową - ja robię coś tak, ja myślę o czymś tak, moje zachowanie jest takie, mam do czegoś stosunek taki. Zamiast komentować rzeczywistość stają się manifestem poglądów. Kto co lubi, ale mnie to strasznie drażni. Czyżby wracały czasy pamiętniczków internetowych, budujących ego nastolatek? Każdy blog to swoista planeta "ja", ale fajnie, jeżeli ta planeta nie jest czarną dziurą pochłaniającą wszystko wokół.

niedziela, 24 marca 2013

Kobieta na skraju załamania nerwowego



Czasami jest tak, że coś nas fascynuje, sami nawet nie wiedząc dlaczego. Dokładnie tak mam z serialem Homeland, którego fabuła jest prosta jak budowa cepa: oto po ośmiu latach irackiej niewoli do kraju (oczywiście USA) wraca żołnierz. Agentka CIA, Carrie, jest wobec niego niezwykle nieufna, podejrzewając, że przeszedł na stronę wroga. Niby prosto, a naprawdę zupełnie inaczej. Przede wszystkim nie jest to serial, jak by można podejrzewać, sensacyjny, ale psychologiczny. Wszystko, co najważniejsze, rozgrywa się w głowach bohaterów - żołnierza Nicolasa, czy tropiącej go Carrie. Smaczku dodaje fakt, że Carrie cierpi na zaburzenia psychiczne i do pewnego momentu nie wiadomo, czy przypadkiem teorie spiskowe nie są wytworem jej wyobraźni. Jej relacja z Brody'm jest również przedziwna, nie do końca dla widzów zrozumiała, ale wiarygodna.
Akcja serialu, wbrew kolejnym pozorom, dzieje się niespiesznie, raz na kilka odcinków tylko serwując widzom pościgi czy strzelanki. Ale to moim zdaniem przemawia tylko na plus, jesteśmy w stanie naprawdę bardzo dokładnie poznać bohaterów, niektórych polubić, niektórych znielubić.
Kolejnym i największym w sumie plusem jest obsada - a zwłaszcza Claire Danes w roli Carrie.Jej postać jest naprawdę bardzo trudna, niejednoznaczna, ale aktorka radzi sobie świetnie - widz może nie zawsze ją rozumie, ale bardzo kibicuje i wierzy jej intuicji. Świetnie wypadają też inni aktorzy.
Ogólnie, z tej krótkiej notki wynika tylko tyle - jeżeli ktoś ma ochotę na tego typu rozrywkę, polecam, jest to może kotlet ogrzany, bo tematy szpiegowskie nie są niczym nowym, ale odgrzany na nowo, ze szczyptą, powiedzmy, egzotycznej przyprawy - wychodzi dziwnie, ale bardzo smacznie.

sobota, 9 marca 2013

Rozporkowo-gastryczne problemy Teodora Szackiego

O ile Ziarno prawdy było kryminałem po prostu świetnym, Uwikłanie pozostaje tylko lekko powyżej przeciętnej. Zagadka jest oczywiście skomplikowana i bardzo dokładnie przemyślana, koniec niespodziewany, tło - nieoczywiste (mówię wątkach psychologicznych, rewelacja), ale zdecydowanie nie ma tego czegoś, co ma druga chronologicznie książka z Teodorem Szackim. Przede wszystkim sam bohater, tak intrygujący, staje się momentami maksymalnie irytujący, bo jego rozważania w stylu - jestem człowiekiem przed czterdziestką i muszę wyciupciać młodą dupcię (sorry za słownictwo, ale jakoś tak mi się to kojarzy) są naprawdę kiepskie. Jakoś nie jest już (biorąc pod uwagę drugą część - jeszcze) tym intrygującym gościem, którego - co pisałam dwa dni temu - nie sposób nie lubić. Teodora Szackiego sposób nie lubić, zdecydowanie.
Po zakończeniu całości mam wrażenie, że Szacki cały czas (i znowu przepraszam co wrażliwszych) bekał (a to odbiło mu się żółcią, a to mało co nie wyrzygał się, a to właśnie się wyrzygał). Pani Szacki, Rapacholin pan weź, czy co?
No i ogólnie te rozważania o romansie... Niby ta dziewczyna mu się podoba, a jednak nie, niby chciałby, ale nie chce, niby ma wyrzuty sumienia, ale nie ma żadnych...

Znaczy proszę mnie źle nie zrozumieć - Uwikłanie to naprawdę sprawny kryminał i gdybym przeczytała je przed Ziarnem prawdy, to zapewne byłabym zachwycona, ale druga książka z serii naprawdę bardzo podwyższa poprzeczkę samemu autorowi, dlatego - czekam na więcej, bo Zygmunt Miłoszewski pisać i wymyślać niebanalne historie potrafi.

I jeszcze jedno - ciężko napisać czy opowiedzieć w jakikolwiek inny sposób (artykułem czy filmem) coś o mrocznych wątkach PRL, tak, żeby to się widzowi/czytelnikowi, że tak sprawę ujmę, nie odbiło żółcią. A jednak tutaj Miłoszewski takie wątki przemyca i nie dość, że robi to w sposób niby ograny, a jednak bardzo świeży i dosadny, to naprawdę otwiera oczy takim ignorantom jak ja, którzy już nie mogą słuchać o układzie, solidarności, Bolku, teczkach i te pe. Także naprawdę, polecam, jest sprawna rzecz, ale już nie 10/10 w kryminalnych notach, a 6.5/10. No, nawet 7.

czwartek, 7 marca 2013

Idealny dzień na mroczną podróż do Sandomierza


 
Ten tytułowy idealny dzień jest dzisiaj. Za oknem zimno, pada, wieje, kot i pies śpią koło mnie, a ja odpływam w świetnej lekturze. Nie wybrałam czegoś spektakularnie ambitnego, po ostatnim miesiącu, hardkorowo dla mnie stresującym, potrzebowałam intelektualnego odpoczynku. I znalazłam, w lekturze Zygmunta Miłoszewskiego Ziarno prawdy. Najpierw książkę przeczytał mój Tato, rasowy fan kryminałów i ogólnie literatury sensacyjnej, który na byle co nabrać się nie da i skoro on bardzo polecał - to dla mnie coś znaczy.


Wiele rzeczy jest w tej książce świetnych. Mianowicie:

1. Bohater. Teodora Szackiego po prostu nie da się nie lubić. Jest przystojny, niesamowicie bystry, sprawia wrażenie chłodnego cynika, ale tak to po prostu wrażliwy gość. Świetnie się ubiera i ... jest znakomitym obserwatorem. Chyba pierwszy raz bohater literacki dał mi do myślenia - czy naprawdę mężczyźni tak analizują kobiety, każdą uważając za obiekt zainteresowania? Jest bardzo inteligentny, błyskotliwy - z jednej strony ideał, ale z drugiej - facet z krwi i kości, targany wątpliwościami, popełniający strasznie głupie błędy.

2. Zagadka. Wyjątkowo mroczna, nawiązująca do legendy o krwi, intryguje i przeraża. Jest poprowadzona po mistrzowsku. Z jednej strony - bardzo zagmatwana, zataczająca szeroki krąg poszukiwań, ale z ograniczoną liczbą podejrzanych. Oczywiście wszystko na końcu przewraca się do góry nogami, nic nie jest takie jak się wydaje i czytelnik jest zdumiony świetnym pomysłem autora. Tylko tyle i aż tyle.

3. Sandomierz. Widać, czuć, a nawet słychać z szelestu kartek (no dobra, przesadziłam:P ) , że autor jest szczerze zakochany w tym mieście i to zdecydowanie udziela się czytelnikowi. Sandomierz, w którym na szczęście miałam okazję kilka razy być, bo mogłam sobie jakoś przypomnieć niektóre miejsca, jest odmalowany przepięknie, ale bez dłużyzn i nudy. Można się w tym literackim mieście zakochać i chcieć tam być.

4. Atmosfera i koloryt lokalny. To, że akcja dzieje się w małym miasteczku, ma znamienne konsekwencje dla fabuły - wszyscy się znają, wszystko o sobie wiedzą, ale atmosfera bywa klaustrofobiczna, działa moc plotki, przesądów i legend, dawne rany łatwo zdrapać. Autor nie pisze o prostych sprawach, ogólna konkluzja jest bardzo, bardzo smutna, przejmująca i dająca sporo do myślenia na temat stosunków polsko-żydowskich.

5. Autor. Gdzie jest linia pomiędzy narratorem a autorem - nie będę się tym zajmować, bo mam już dość na razie teoretycznoliterackich rozważań (tudzież bełkotu). W każdym razie autor potrafi napisać rasowy kryminał, z budowaniem świetnego napięcia, niesamowitej (dosłownie, pojawiają się wstawki mrożące krew w żyłach) atmosfery, ale ma też świetne poczucie humoru - najbardziej przypadły mi do gustu wstawki o imieniu Zygmunt - widział kto młodego człowieka o imieniu Zygmunt? Nie! Każdy myśli tylko o starych dziadkach. Musiał mieć autor problem w przedszkolu i szkole:) Podobał mi się też wstawka o płycie Nosowskiej, interpretującej teksty Osieckiej - zgadzam się z opinią. Takich wstawek jest oczywiście więcej.

Są w książce malutkie błędziki, czasami nie mogłam się połapać o kim mowa, albo brakowało mi komentarza do wydarzeń, ale ogólnie w kategorii kryminału zasługuje Ziarno prawdy na najwyższą liczbę punktów. Świetnie się czyta.
Ale mam też dygresję.
Przez większość czasu spędzonego nad lekturą miałam włączoną na play liście najnowszą płytę Nick'a Cave'a & The Bad Seeds Push the sky away i jest to najpiękniejsza płyta, jakiej ostatnio słuchałam i , przyznaję bez bicia, wyciska mi łzy. Rewelacja, a przy czytaniu tej książki - związek idealny, mroczny, smutny, nieco depresyjny.