wtorek, 9 lipca 2013

poniedziałek, 8 lipca 2013

Jak wzrusza, skoro nie wzrusza?

Ostatnio obejrzałam dwa filmy, na których wiele osób beczało, a ja, no, jakby to powiedzieć... no ani nawet nie chciało mi się ich kończyć, a co dopiero przy losach bohaterów uronić choćby łezkę.

Pierwszy z filmów to "Jeden dzień", o którym nawet nie chce mi się za bardzo pisać. Oglądanie go było stratą czasu, może nie kompletną i całkowitą katastrofą, ale po prostu stratą czasu.

Wczoraj zaś widziałam "Twój na zawsze", chociaż uważam, że tytuł zupełnie nie pasuje i angielskie "Remember me" jest bardziej na miejscu. Wynudziłam się na nim niesamowicie, pomysł wyłączenia go przyszedł mi go głowy jakieś dwieście razy, ale byłam ciekawa co to się stanie na końcu, bo że coś się stanie, było wiadomo od razu.

W tym momencie będę bez ceregieli omawiała fabułę, więc jeżeli ktoś jest przez seansem - niech daruje sobie czytanie. Scenariusz "Remenber me" serwuje nam kilka bardzo głębokich traum. Na początku widzimy dziewczynkę, na której oczach w bezsensowny sposób ginie matka. To pierwsza trauma nowojorska - śmierć z rąk rabusia, z powodu skradzionej torebki. Dziesięć lat później poznajemy Tylera, buntownika, który ciągle pali i chodzi na bani. Gra go Robert Pattinson, który dobrym aktorem nie jest i jakoś wcale nadzwyczajnie dobrze nie wygląda. Znaczy jest fajny, przystojny, ale żeby pobudzał nie wiadomo jak moją wyobraźnię - no bez przesady. W każdym razie starszy brat Tylera popełnił samobójstwo, w dniu swoich 22 urodzin - mamy więc traumę drugą. Pewnego dnia Tyler wdaje się w bójkę, aresztuje go policjant, a chłopak chcąc się na nim zemścić uwodzi jego córkę, w której się zakochuję. Uf, pisałam to wszystko na jednym wdechu, plątanina. Niestety, akurat ta realizacja fabularna mi się wcale nie podobała, bo ile można oglądać związki z zakładu, które okazują się najprawdziwszą miłością. No ale już się w sobie zakochali, są razem (kompletnie nie pamiętam jak nazywała się ta główna bohaterka, to znamienne, bo nie lubię strasznie tego typu drobnych blondyneczek i jej widok na ekranie mi strasznie przeszkadzał). W tle widzimy jej relację z ojcem (oczywiście blondyneczka to ta sama dziewczynka, przy której zamordowano matkę) oraz, co dużo ciekawsze, jego relacje z rodziną, która musi sobie radzić po śmierci syna i brata. Ten wątek mi się chyba najbardziej podobał, zwłaszcza motyw młodszej siostry Tylera - wyobcowanej, ale niesamowicie utalentowanej 11-latki. W każdym razie, kiedy wszystko już zdawało się super układać, następuje atak na WTC i chłopak ginie. KONIEC.

Czytałam w recenzjach, że ten film jest do przemyślenia. I tak nie bardzo wiem, co mam przemyśleć. Reżyser chyba chciał mi powiedzieć, że takie tragedie, każda tragedia, to nie jakieś statystyczne ofiary, ale ludzie, ich życie, ich historie splątane z historiami innych ludzi i innych historii. To ciekawa perspektywa, ale dość banalna. Ostatnie kadry zostawiają widza z pogrążoną w bólu rodziną, która musi sobie radzić z utratą dwojga synów/braci, co jest traumą niewyobrażalną, po której nie ma szans na w pełni normalne życie. W tym sensie był to rzeczywiście film ciekawy, ale bez przesady. No ogólnie to nie będzie jakiegoś podsumowania, gwiazdek i nawet nie powiem, czy warto go zobaczyć - mnie on nie poruszył, zmusił do refleksji, która trwała z dwie minuty. Ale należę do osób, których kompletnie nie rozbawił "Ted", więc co tu dużo mówić - nie znam się na ludzkich emocjach.

czwartek, 4 lipca 2013

Pamięć jak kamień




Czasami jestem takim intelektualnym biedakiem, że aż wstyd przyznać. Łażę po domu niczym jakaś mara i niczym konkretnym nie umiem się zająć. Na szczęście w tej krainie posuchy zdarza się czasem orzeźwiająca oaza, dzisiaj były nią "Włoskie szpilki" Magdaleny Tulli, książka przepiękna, ale na pewno nie słodka.

Narratorka w krótkich rozdziałach wraca pamięcią do czasów swojego dzieciństwa, wiele miejsca poświęcając matce oraz rodzinie po stronie ojca, który był Włochem. Z jednej strony czułe i piękne, ale z drugiej - bolesne, gorzkie, przeraźliwie smutne. Czytam tę krótką powieść jako melancholijne studium o samotności i ciągłym poczuciu inności, a niekiedy także i odrzuceniu, niedopasowaniu. Narratorka ciągle czuje się nie na miejscu, takie mam wrażenie, a potrafi o tym pisać jak nikt inny.
Znałam Magdalenę Tulli ze "Skazy", "Snów i kamieni" czy "W czerwieniu", ale to dopiero "Włoskie szpilki" zrobiły na mnie oszałamiające wrażenie. Tamte powieści, poetyckie, nasycone, w pewnym (fabularnym) sensie dziwaczne, były fascynującą przygodą dla mnie-polonisty. Ale ta jest cudowną podróżą dla mnie-czytelnika (tak tak, te role trzeba oddzielić, nie umiem czerpać pełnej przyjemności z czegoś, co wiem, że czytam w polonistycznym sensie "po coś"). Napisana jest językiem tak delikatnym, pięknym, pełnym klasy, a przy tym tak fascynującym, że gdy tylko otworzy się pierwszą stronę - nie wiadomo kiedy kończy się ostatnią.
Chciałam nawet wybrać jakiś mały fragment, by go tutaj zacytować, ale tych małych fragmentów wybrałam z każdego rozdziału po kilka i nie jestem w stanie wybrać żadnego.

Nie ma sensu pisać "o czym jest ta książka" - warto natomiast poświęcić jej kilka godzin i przepaść w tym smutnym, melancholijnym, ale także i czułym spotkaniu z przeszłością. Bo pamięć jest jak kamień - bywa zimna, ale też potrafi być talizmanem, piękną pamiątką z czasami przedziwnej podróży. 


środa, 3 lipca 2013

Dlaczego "Dziewczyny" są takie jak my

O serialu "Dziewczyny" słyszałam od koleżanek sporo dobrego. Pozytywnych opinii było na tyle dużo, że postanowiłam spróbować. I przez pierwsze dwa odcinki byłam bardzo zaskoczona całym entuzjazmem. Trzeci obejrzałam, bo nie miałam co robić. A następne - bo mnie po prostu wciągnęły. Nie jest to serial, przy którym płaczę ze śmiechu, nie przejmuję się też niesamowicie losami dziewczyn. Jego siłą jest jednak naturalność, to, że strasznie dużo dziewczyn w tym wieku może się dopatrzeć jakiś związków z którąś z bohaterek. Ja np. byłabym zdecydowanie Haną, ze względu na wygląd, ambicje intelektualne, a nawet chyba podobnie się ubieram. No, to jest nieważne w gruncie rzeczy, chodzi po prostu o to, że ten serial zdaje się być blisko życia współczesnych kobiet w wieku 20+. Hannah ma nadwagę, ma z tego powodu kompleksy, ale kamera nie ukrywa jej ciała podczas zbliżeń. Jessa jest trochę walnięta, w takim sensie - szalona, crazy - ale z jakim akcentem mówi - mogłabym jej słuchać bez końca! Shoshana - no kto nie zna takiej Shoshany! Jest po prostu kwintesencją samej siebie! I ambitna, piękna i mądra Marnie, którą lubię najmniej.

Wiem, że nazywa się "Dziewczyny" współczesną wersją "Seksu w wielkim mieście". No, może i coś w tym jest, ale nowsza produkcja jest zdecydowanie mniej zabawna, co nie znaczy, że cięższa. Ogólnie to bardzo polecam, zwłaszcza na lato. I tylko dziewczynom - faceci jakoś tej produkcji nie lubią... Może dlatego, że też jest tam o nich pewna prawda, a panowie jej w ten sposób podanej przyjmować nie lubią.

wtorek, 2 lipca 2013

Yrsa (po raz kolejny) królową kryminału



Zakończoną sesję postanowiłam sobie wynagrodzić książką mojej ulubionej autorki kryminałów - Yrsy Sigurdardottir "Pamiętam cię". Uważam, że jest to najlepsza jej książka, którą przeczytałam. Dodam, że tym razem sprawy nie prowadzi prawniczka Thora.

Autorka akcję umiejscawia jak zwykle w Islandii, na odludnym fiordzie. Klimat tej powieści jest po prostu niesamowity, tak mroczny, że gdybym sięgnęła po nią podczas jesiennego wieczoru, to chyba brakowałoby mi tchu. Trójka bohaterów decyduje się odnowić stary dom w wyludnionej osadzie, dokąd można dotrzeć jedynie drogą morską. Pozostawieni sami sobie, bez prądu, bieżącej wody, wśród surowej przyrody mają nieustanne wrażenie, że ktoś ich obserwuje. Później dowody czyjejś obecności stają się bardziej namacalne.

Drugi plan toczy się wokół psychiatry, któremu zaginął syn. Bada dziwną sprawę samobójstwa pewnej kobiety. Te historie splotą się ze sobą, prowadząc czytelnika do mrocznego finału.

Uważam, że jest to najbardziej precyzyjna ze wszystkich książek Yrsy. Autorka bardzo przemyślała konstrukcję, tocząc akcję z jednej powoli bardzo wolno, ale tak potęgując napięcie, że nieraz musiałam wziąć głęboki oddech. Fakt, nieraz przesadza z dawkowaniem strachu, wszystkiego zdaje się być w pewnych momentach za dużo, za gęsto i zbyt strasznie, ale jestem pod dużym wrażeniem.

Polecam wszystkim tę powieść, której chyba gatunkowo najbliżej do horroru, jeszcze z innego powodu -  ciekawie zarysowanych postaci, które doprawiają całą fabułę sporym prawdopodobieństwem psychologicznym. No, nie ma się co rozpisywać - naprawdę każdy fan kryminałów z mooocnym dreszczykiem powinien po "Pamiętam cię" sięgnąć.

czwartek, 16 maja 2013

I kto okazał się kłamcą?

O pisarstwie Tomasza Białkowskiego słyszałam tyle dobrego, że korzystając z wolnej chwili postanowiłam skosztować. Niestety, nie mogłam zdobyć "Drzewa morwowego", ale - co mi tam - pomyślałam, sięgając po drugą część z serii - "Kłamcę". Nie od dziś wiadomo, że cykle mają to do siebie, że, fakt, części nawiązują do siebie, ale są też odrębną historią.

No niestety. Książka ta zawodzi na każdej płaszczyźnie. Językowo - jest napisana w taki sposób, jakiego ja po prostu nienawidzę i męczę się przy czytaniu okrutnie - bardzo krótkie, pojedyncze zdania. Język jest schematyczny, wręcz - banalny. No ale dobra, można to zdzierżyć, gdyby tylko temperatura fabuły pozwalała się oderwać od tych mankamentów. Ale niestety - historia wydaje mi się tak nudna i niewciągająca, jak mało co. Przede wszystkim sam bohater - Paweł Werens jest człowiekiem, który nie jest za grosz przekonujący, ciekawy, intrygujący, no nic. Nie, że się go nie lubi - on po prostu mnie kompletnie nie interesował, tak, jakby nie był głównym bohaterem powieści. Z resztą narrator oddaje co fajniejsze pomysły i kwestie innym bohaterom - policjantowi Derze i pani doktor Lenie (która, nota bene, jest tak strasznie mądra, że jest to chyba najbardziej nieautentyczna postać), którzy rozwiązują śledztwo za Pawła, on ma tylko po prostu efektownie zginąć. No, takie mam odczucia.

Fabuła jest tak strasznie schematyczna, że aż idiotyczna. Wiem, wiem - nie czytałam pierwszej części, a "Kłamca" jest kontynuacją. Ale, o zgrozo, po tej przygodzie nawet mi się nie śni, by po pierwszą część sięgnąć. Mamy tajemniczy prolog z przeszłości, makabryczne i misternie przemyślane morderstwa, zagadkę biblijną w tle, jakieś poszczególne fragmenty układanki, które zaczynają się w pewnym momencie układać w jedną całość. Tyle, że jest to powieść bardzo kiepska, której poszczególne części składowe znamy po tysiąckroć. Oprócz irytującej i wszechwiedzącej Leny, szczególnie miałki i jałowy jest czarny charakter, niejaki Camargue ( taka ksywa? seriously?) - w wieku 19 lat trafił do więzienia na lat 20, gdzie był poniżany, gwałcony, upodlany wręcz, a skąd wydostał go mistrz jakiejś tam sekciny. Oczywiście Pan-Zajebista-Ksywa jest ślepo oddany swojemu wybawcy. Czy nie znamy takiego schematu z chociażby "Aniołów i Demomów" Browna? Nie ma co ukrywać, że każdy kryminał bazuje na schematach, ale na niektóre czytelnik chce się po prostu dać nabrać, a podczas "Kłamcy" czuje się zwyczajnie nabity w butelkę.
Aha - i jeszcze tytuł. Nie bardzo go rozumiem, dlatego tłumaczę, że kłamcą jest autor i wydawca pospołu, obiecując kryminał, a realizując nie wiem co, ale nie obietnicę. 

No, mogłabym tak dłużej, ale nie ma sensu. Jest to książka kiepska, przewidywalna i męcząco napisana. Nawet zagadki-tropy ukryte w architekturze miasta, tutaj nie wywołują ani jednej emocji. I te dialogi... Gdyby ktoś je rzeczywiście wypowiadał, to chyba byłyby to manekiny w witrynie sklepowej.

No cóż, nie polecam. Przeczytałam do końca, ale tylko dlatego, że jest to książeczka "dwugodzinka", a tyle czasu mogę kiepskiej powieści poświęcić. I ani minuty więcej.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

O czym myślę, kiedy myślę o blogowaniu

Hej Dzieci!

Jakoś tutaj teraz nie bywam - zawaliłam się szczelnie obowiązkami. Nie znaczy to, że niczego nie czytam i nie oglądam, ale nie mam jakoś potrzeby pisania o tym. No bo np. o takim "Django"  mogłabym napisać jedno zdanie - tym razem Tarantino przesadził i tak strasznie mnie znudził, że aż odebrał chęć wypowiedzi na swój temat. Zachwycił mnie Christoph Waltz i chyba tak samo Leonardo di Caprio, ich role rzeczywiście są perłami, ale nie obejrzałabym tego obrazu drugi raz nawet, gdyby mi płacili.
Albo np. "Poradnik pozytywnego myślenia" - rzeczywiście, genialna Jennifer Lawrence, nie chcę być zarozumiała czy coś, ale już przy "Igrzyskach śmierci", jedynym filmie z nią, który widziałam, wierzyłam mocno, że ta dziewczyna ma wielki talent. Film okazał się przyjemną rozrywką, ale jakoś nie umieram z zachwytu nad nim.

Jeżeli chodzi o książki to przede wszystkim wracam do Joanny Bator. Chcę na jej temat pisać pracę i cały czas, ciągle od nowa, łapię bakcyla, zachwycając się jej książkami tak, że aż nudzę otoczenie.

Z kolei Michel Houellebecq, którego uznawałam za swoje objawienie literackie, Mapą i terytorium szczerze mnie znudził. Wydaje mi się, że on cały czas pisze jedną i tę samą książkę.

Polecam bardzo, bardzo mocno rzecz Joanny Tokarskiej-Bakir Legendy o krwi. Antropologia przesądu. Wiem, że polecanie tej pozycji w takiej notce pasuje jak pies do jeża, ale ta rzecz zajmuje mnie najdłużej przez ostatnie miesiące. Jest to nie tylko arcyciekawa monografia na temat legend o krwi i chyba stosunków polsko-żydowskich ogólnie, ale też wzór - jak powinna wyglądać praca badawcza, jak powinna być napisana. Tam nawet przypisy są warte osobnych referatów. Dlatego jej czytanie mi tak mozolnie idzie - wymaga skupienia, przetrawienia, a czasami nawet wewnętrznego dialogu, pewnych przewartościowań.

Rzeszowianom polecam przyjrzeć się repertuarowi teatru Maska na miesiąc maj. Ja już zarezerwowałam bilety na Fedrę, marzę, żeby obejrzeć Turandot, ale niestety - akurat w piątek nie będę mogła. Ale kto da radę - polecam najmocniej, myślę, że to będzie coś bardzo, bardzo dobrego.

No, i żeby nie było za ciężko i nazbyt intelektualnie - polecam piosenki, których słucham wraz z nadejściem pięknej pogody i które do niej niesamowicie pasują.
Justin, och, Justin... Jesteś super!



Daft Punk lubię nie mniej, a jeszcze w duecie z Pharrelem - to się nie mogło nie udać!



Zauważyłam też coś ciekawego na blogach. Te zakątki w sieci, które kiedyś bardzo lubiłam, przestają powoli być odważnym, mądrym czy ironicznym komentarzem rzeczywistości, a stają się wykładnią światopoglądową - ja robię coś tak, ja myślę o czymś tak, moje zachowanie jest takie, mam do czegoś stosunek taki. Zamiast komentować rzeczywistość stają się manifestem poglądów. Kto co lubi, ale mnie to strasznie drażni. Czyżby wracały czasy pamiętniczków internetowych, budujących ego nastolatek? Każdy blog to swoista planeta "ja", ale fajnie, jeżeli ta planeta nie jest czarną dziurą pochłaniającą wszystko wokół.