Wczoraj mój mąż się rozchorował, więc czekała nas perspektywa spędzenia całej soboty w domu. O godzinie 13. usiedliśmy oboje w salonie i... zaczęliśmy hiperseans. Ja oczywiście, aby nie mieć wyrzutów sumienia, międzyczasie czytałam lektury na pracę magisterską, a mój mąż wszystkie filmy przepijał litrami gorzkiej herbaty (grypa bowiem należała do tych żołądkowych). Opiszę wszystkie zjawiska telewizyjne, których od godziny 13 do 2 w nocy byliśmy świadkami. Dodam, że nie mamy programu tv, a w necie nie chciało nam się szukać, więc wszystkie te filmy (poza ostatnim), były wybrane przypadkowo.
"Tajemnica Stonehenge" - katastrofa w całym znaczeniu tego słowa (Sci - Fi)
Zaczęliśmy od katastrofy, masakry i dna. Już od pierwszych minut tego filmu wiadomo było, jak bardzo będzie on zły. Fabuła jest zupełnie niepospolita: W okolicach Stonehenge zebrało się wielkie wyładowanie elektromagnetyczne, które pociąga za sobą masę krwawych w skutkach zjawisk na całym świecie. Grupa naukowców próbuje rozszyfrować o co w tym wszystkim chodzi. Jeden z nich kompletnie nie zgadza się z resztą, gdyż jest odrzucony przez elitarne środowisko. I kto będzie miał rację, no kto? Oczywiście dzieło obfituje w bardzo dynamiczne dialogi, akcję, która przez 120 minut rozwija się tak, że brakuje tylko, żeby jeszcze nastąpiło lądowanie człowieka na słońcu - dzieje się tam bowiem wszystko, co tylko możliwe. Globalna katastrofa, jakieś piramidy, wyrastające spod ziemi (dosłownie!), oczywiście zdrada członka ekipy naukowej, który okazał się być DRANIEM i ŁAJDAKIEM (tak się zastanawiam często, czy ktoś używa tych słów w życiu codziennym? Bo ja słyszałam je tylko w filmach i czuję, że jeżeli zwróciłabym się w dramatycznej chwili mojego życia do kogoś "Ty draniu!", to mogłabym zostać srogo wyśmiana...), w każdym razie członek ekipy zdradził, ale my z moim mężem wiedzieliśmy, że to on okaże się łajdakiem, gdyż znamy przysłowie, które powiedział nam pewien przemiły człowiek : gdy zobaczysz rudego, to spierdalaj od niego! Dodam, że ja mam kolor włosów "cośpodrudawy" i to niestety było w tym kontekście. W każdym razie Rudy naukowiec nie był "Good Guy".
Ogólnie, już reasumując, film był denny i żenujący, zero totalne i to jest bardzo smutne, że ktoś wydaje pieniądze na takie coś. Polecam obejrzeć wyłącznie w celach laboratoryjnych, podziwiając efekty specjalne. Bardzo dobrze charakter dzieła ukazuje plakat, poziom dokładnie ten sam, co film:
A tak poza tym, czy ktoś widział już nawet nie tyle dobry, a przyzwoity film na Sci - Fi?
X - factor, edycja amerykańska czyli od pucybuta do milionera (Fox)
Nie będę się zbyt długo rozwodzić nad tym programem, szokuje mnie w nim pewna kwestia: jak bardzo emocjonalnie uczestnicy do niego podchodzą. Krew, pot i łzy. Rodziny sprzedają sprzęty, samochody - byleby tylko ich dziecko mogło się pokazać komuś "z branży", byleby się wybić. Nie wiem, czy oni mają tak szare i beznadziejne życie, że za wszelką cenę chcą je zmienić, czy jest w nich po prostu parcie na szkło, sukces i american dream. U nas uczestnicy traktują to w formie zabawy, a tam zdaje się to ich "być albo nie być". Jeżeli nie uda im się przejść do następnego etapu, są po prostu załamani. Jeżeli oglądam amerykańskie wersje programów rozrywkowych to przede wszystkim po to, aby popatrzeć na zwykłych ludzi. I są to ludzie bardzo dalecy od wyobrażeń, jakie mamy oglądając amerykańskie seriale.
Miasteczko Pleasantville czyli życie z sitcomu nie jest fajne (Ale kino!)
Dwójka rodzeństwa podczas kłótni o to, kto będzie oglądał program w tv, trafia na plan serialu amerykańskiego z lat 50. Wszystko jest tam takie idealne... Gdy mąż wraca do domu, wymawia monumentalne i nieśmiertelne, pastiszowane tysiące razy (nawet mój mąż wypowiada tą kwestię w sarkastycznym tonie): HONEY, I'M HOME! Żona na te słowa uśmiecha się promiennie i wyciąga z piekarnika klopsa tudzież inne cudo kulinarne, siadają wszyscy razem, z całą rodzinką i wcinają, opowiadając sobie o problemach dnia codziennego. Sielanka, ale też synonim kiczu. I gdy rzeczone rodzeństwo trafia w ten idealnie poukładany świat, powolutku zaczyna go zmieniać. Siostra, niezbyt grzeczna dziewczynka, ukazuje mieszkańcom arkany rozkoszy cielesnych a brat pokazuje nieznany im wcześniej świat kolorów. Oczywiście oboje dochodzą też do prawdy o sobie by przenieść się z powrotem do współczesności.
Naprawdę jest to bardzo przyzwoita rozrywka na sobotnie popołudnie, gdzie wszystko się klei i ma sens, prowadzi do oczywistego finału, ale w uroczy sposób.
Życie jest piękne, po prostu (Filmbox)
Jest to, na pewno nie tylko wg mnie, jeden z najpiękniejszych filmów, jakie kiedykolwiek widziałam. Opowieść o rodzinie, która znajduje się w czasie II WŚ w obozie koncentracyjnym przeszła do klasyków i kanonu kina. Ojciec, szalony i niepokorny, udaje przed synem, że obóz to tylko gra, farsa, w której do wygrania jest czołg. Podporządkowuje rzeczywistość nowym regułom, tak, aby ocalić syna. Nie będę nic więcej pisać - naprawdę można się na tym filmie zaśmiać i uronić łzę, a zobaczyć go po prostu trzeba.
The Voice of Poland
Bezbłędna aparycja i inteligencja w wypowiedziach pewnego jurora (bynajmniej nie chodzi o Piaska) każe mi co tydzień usiąść przed telewizorem.
Gra o tron
To był nasz sposób na wieczór. Wiele osób polecało mi ten serial, mówiąc, że jest rewelacyjny, fantastyczny, cudowny. Musiałam więc przekonać się, czy to prawda. I... "Gra o tron" stała się już nawet nie deserem po tych wszystkich wyżej wymienionych filmowych daniach, ale przepysznym daniem głównym. Nie jakimś kurczakiem z frytkami, tylko wyrafinowanym, najpyszniejszym daniem, którym sycimy się z każdym kęsem, i z każdym kęsem podziwiamy maestrię smaku. Tak. Dokładnie taki jest ten serial. Świat w nim przedstawiony jest po prostu... tak wciągający, że nie sposób się oderwać. Ani fabularnie, ani wizualnie. Świetny scenariusz, oparty na książce George'a Martina, do tego wspaniałe aktorstwo i przepiękne zdjęcia. To nie mogło się nie udać. Intrygi, polityczne kuluary, seksualne gierki, ale też opowieść o ludziach honoru, bez skazy, dla których rodzina i ojczyzna jest wartością nadrzędną. Warto, naprawdę bardzo warto. Nawet czołówka jest wspaniała. Wszystko na TAK.
niedziela, 23 października 2011
czwartek, 20 października 2011
Parówkowym skrytożercom mówimy stanowcze nie!
Wielkie jest moje zdziwienie, kiedy oglądając seriale natrafiam na niesamowitych rozmiarów bullshit. Ostatnio miałam wątpliwą przyjemność oglądać dwa odcinki "M jak miłość" i naprawdę mnie zdenerwowały. Nie mówię o fabule, aktorstwie, poziomie - nic z tych rzeczy. A o czym mówię?
Babka i Dziadek Mostowiakowie wpadli w finansowe tarapaty. Odkąd wyprowadziła się od nich horda dzieci i wnuków, jakoś tak sobie nie radzą. Postanowili jednak wymienić meble kuchenne, gdyż tamte miały 100 lat. Jednakże po kilku miesiącach przyszło im wezwanie do zapłaty, gdyż przez kilka miesięcy nie spłacali rat. Babka myślała, ze płaci Dziadek i na odwrót. Wezwanie na listę dłużników brzmiało nieciekawie - ktoś wykupił ich długi i muszą spłacić już nie bank, a firmę windykacyjną. Zapewne mieli przed sobą perspektywę łagru tudzież innego zakątka, w którym przyjdzie im starczą krwawicą odrobić miejsce na kuchenne bibeloty. Jednakże chwilę później Babka Mostowiak idzie do sklepu. Gadka ze sprzedawczynią, która niedawno została okradziona, a nie była ubezpieczona, odkrywa cały sens akcji. Sprzedawczyni wypowiada bowiem coś w stylu:
Wie pani co, okradli mnie, ubezpieczenia nie miałam, jeszcze te raty za zamrażarkę... Kiedy przyszło wezwanie do zapłaty - byłam przerażona. Ale co tam - pomyślałam - a niech to, zadzwonię! I wie pani co się okazało? Że tam pracują przemili ludzie, którzy tylko czekają na to, aby mi pomóc! Szybko się z nimi dogadałam i rozłożyli mój dług na takie raty, które będę mogła spłacić!
W tle, na równi z aktorami, pierwszoplanową rolę odgrywa złowieszcza koperta z logo Kruka - firmy windykacyjnej.
W kolejnym odcinku do Dziadków przyjeżdża ich syn i obwieszcza, że horda dzieci złoży się rodzicom na dach. Dziadki wybierają - dzieci płacą. Oczywiście przynosi próbki, katalogi, rozmaite gadżety z logo firmy oferującej tego typu usługi.
Już dawno można zauważyć taką tendencję w serialach - dialogi żywo wycięte z reklamy. Kiedyś w "Na wspólnej" niejaki Staś z "Pustyni i w puszczy" zabierał się do założenia Neostrady. Jego dziewczyna podchodziła sceptycznie: A nie lepiej wezwać fachowca?, na co Staś hardo odpowiedział: No coś Ty! Wystarczy tylko wtyczkę podpiąć do gniazdka telefonicznego, skonfigurować w komputerze i gotowe! Szybki Internet w Twoim domu już w kilka chwil!
Równie dawno temu Ola z Klanu przekonywała o wyższości dania w 5 minut z Knorra nad czymkolwiek innym: Wystarczy kurczaka i przyprawę włożyć do woreczka, wymieszać, odstawić na godzinę do gorącego piekarnika i gotowe!
O tym, że serial (oj, zdecydowanie pod względem aktorskim mój ulubiony! Muszę jeszcze kiedyś o nim napisać!) "Pierwsza miłość" sympatyzuje z Kucharkiem i Delicjami, a programy TVN-u z Prymatem, wie już każdy.
Tak - jakość reklam i ich zasięg drastycznie się zmienia - reklama będzie dostępna już naprawdę wszędzie, jej nachalność jest nieograniczona. Jestem tylko ciekawa, czy naprawdę wywołuje to jakikolwiek skutek. U mnie tak - zdecydowanie odwrotny od zamierzonego.
Pewną obroną widzów - potencjalnych konsumentów jest to, że napis "audycja zawiera lokowanie produktu" niejako informuje o kryptoreklamie (czy można jednak tu mówić o słowie KRYPTO?).
Ja mam jednak dużo lepszy pomysł. Zawsze, kiedy w chamski i beznadziejny sposób będzie w serialu chwalony produkt, aktorzy będą ubierać pewną czapeczkę. Na czas badziewnego tekstu, czy choćby wzięcia w rękę produktu, którego logo widać wyraźnie, aktor założy czapeczkę, a po chwili może ją ściągnąć. Pokaże to wtedy bezpośrednio, z czym mamy do czynienia i jaki widzowie mają mieć stosunek do tego całego chamskiego zjawiska:
Babka i Dziadek Mostowiakowie wpadli w finansowe tarapaty. Odkąd wyprowadziła się od nich horda dzieci i wnuków, jakoś tak sobie nie radzą. Postanowili jednak wymienić meble kuchenne, gdyż tamte miały 100 lat. Jednakże po kilku miesiącach przyszło im wezwanie do zapłaty, gdyż przez kilka miesięcy nie spłacali rat. Babka myślała, ze płaci Dziadek i na odwrót. Wezwanie na listę dłużników brzmiało nieciekawie - ktoś wykupił ich długi i muszą spłacić już nie bank, a firmę windykacyjną. Zapewne mieli przed sobą perspektywę łagru tudzież innego zakątka, w którym przyjdzie im starczą krwawicą odrobić miejsce na kuchenne bibeloty. Jednakże chwilę później Babka Mostowiak idzie do sklepu. Gadka ze sprzedawczynią, która niedawno została okradziona, a nie była ubezpieczona, odkrywa cały sens akcji. Sprzedawczyni wypowiada bowiem coś w stylu:
Wie pani co, okradli mnie, ubezpieczenia nie miałam, jeszcze te raty za zamrażarkę... Kiedy przyszło wezwanie do zapłaty - byłam przerażona. Ale co tam - pomyślałam - a niech to, zadzwonię! I wie pani co się okazało? Że tam pracują przemili ludzie, którzy tylko czekają na to, aby mi pomóc! Szybko się z nimi dogadałam i rozłożyli mój dług na takie raty, które będę mogła spłacić!
W tle, na równi z aktorami, pierwszoplanową rolę odgrywa złowieszcza koperta z logo Kruka - firmy windykacyjnej.
W kolejnym odcinku do Dziadków przyjeżdża ich syn i obwieszcza, że horda dzieci złoży się rodzicom na dach. Dziadki wybierają - dzieci płacą. Oczywiście przynosi próbki, katalogi, rozmaite gadżety z logo firmy oferującej tego typu usługi.
Już dawno można zauważyć taką tendencję w serialach - dialogi żywo wycięte z reklamy. Kiedyś w "Na wspólnej" niejaki Staś z "Pustyni i w puszczy" zabierał się do założenia Neostrady. Jego dziewczyna podchodziła sceptycznie: A nie lepiej wezwać fachowca?, na co Staś hardo odpowiedział: No coś Ty! Wystarczy tylko wtyczkę podpiąć do gniazdka telefonicznego, skonfigurować w komputerze i gotowe! Szybki Internet w Twoim domu już w kilka chwil!
Równie dawno temu Ola z Klanu przekonywała o wyższości dania w 5 minut z Knorra nad czymkolwiek innym: Wystarczy kurczaka i przyprawę włożyć do woreczka, wymieszać, odstawić na godzinę do gorącego piekarnika i gotowe!
O tym, że serial (oj, zdecydowanie pod względem aktorskim mój ulubiony! Muszę jeszcze kiedyś o nim napisać!) "Pierwsza miłość" sympatyzuje z Kucharkiem i Delicjami, a programy TVN-u z Prymatem, wie już każdy.
Tak - jakość reklam i ich zasięg drastycznie się zmienia - reklama będzie dostępna już naprawdę wszędzie, jej nachalność jest nieograniczona. Jestem tylko ciekawa, czy naprawdę wywołuje to jakikolwiek skutek. U mnie tak - zdecydowanie odwrotny od zamierzonego.
Pewną obroną widzów - potencjalnych konsumentów jest to, że napis "audycja zawiera lokowanie produktu" niejako informuje o kryptoreklamie (czy można jednak tu mówić o słowie KRYPTO?).
Ja mam jednak dużo lepszy pomysł. Zawsze, kiedy w chamski i beznadziejny sposób będzie w serialu chwalony produkt, aktorzy będą ubierać pewną czapeczkę. Na czas badziewnego tekstu, czy choćby wzięcia w rękę produktu, którego logo widać wyraźnie, aktor założy czapeczkę, a po chwili może ją ściągnąć. Pokaże to wtedy bezpośrednio, z czym mamy do czynienia i jaki widzowie mają mieć stosunek do tego całego chamskiego zjawiska:
wtorek, 4 października 2011
Zestaw idealnie skomponowany
Do idealnie skomponowanego kulturalnego zestawu potrzebne są dwie idealnie pasujące do siebie rzeczy. I ja taki zestaw dla wszystkich Czytelników znalazłam! Nazwałam go "ZŻ" - "Zestawem Żenującym". Idealnie żenująca książka oraz idealnie żenujący film. Żadnych dobrych stron, żadnych pozytywów, tylko zdziwienie - jak ktoś mógł coś takiego wydać / wyprodukować.
Zacznę od książki. Do małej biblioteki niedaleko mnie wybrałam się w piątek, aby znaleźć coś, co będzie lekturą na koniec wakacji - ostatni weekend długiego, studenckiego lenistwa miałam ochotę spędzić z porządnym kryminałem. Jako, że biblioteka jest niewielka, oszałamiającego wyboru nie było. Ale z półki wystawała kiczowata okładka o tytule "Kolekcjoner", autorki Alex Kava. Nie czytałam niczego spod jej pióra, ale na kilku blogach widziałam to nazwisko i postanowiłam zaryzykować.
Czy się opłaciło? I tak, i nie. Jeżeli chodzi o fabułę, wartkość akcji, suspens itp. to jest to najokropniejszy kryminał jaki kiedykolwiek przeczytałam. Co łączy piękną psycholożkę, prawdziwą WonderWomen, która rozwiązuje wszelkie niebezpieczne zagadki kryminalne, staje oko w oko z seryjnymi mordercami i zawsze wychodzi cało z każdej opresji... Także co łączy psycholożkę, lekarza wojskowego, który rozpracowuje śmiercionośnego wirusa u żołnierzy i co ich razem łączy jeszcze z lodówką pełną ludzkich części ciała, znalezioną w morzu, i ich wszystkich łączy jeszcze grupa ratowników, którzy lodówkę wyłowili oraz jeszcze ich wszystkich łączy przedsiębiorca pogrzebowy i jego tajemniczy znajomy z tej samej, ponurej branży i jeszcze na dodatek ich wszystkich łączy ojciec jednej z ratowniczek, który sprzedaje hot dogi??? No co ich wszystkich łączy?????
Odpowiedź jest strasznie prosta - nie łączy ich nic wartego uwagi. Wszystko, i postacie, i wydarzenia, są tak miałkie i bezjajeczne, że nuda, która wieje z początków książki staje się po prostu tornadem kiczu i żenady na samym końcu. Bo na końcu i logiki brak. Dlatego też książkę opłaciło się przeczytać, bo nie wiedziałam, że autorzy mogą pisać takie beznadziejne produkcyjniaki - wszystko śmierdzi schematem, postacie budowane są bez żadnego napięcia, nawet nie da się ich polubić... Wszystko tam jest po prostu złe:)
Idealnie skomponowanym w stylistykę DNA jest film, który wczoraj był nadawany na Polsacie - "Dzień, w którym zatrzymała się ziemia". Ten film ma naprawdę porządną obsadę i ta obsada zapewne kusi, mnie skusiła. Ale każda rola jest tak epicko zmarnowana, że przez to film jest jeszcze gorszy! Gdyby grali tam kiepscy, drugorzędni aktorzy - byłoby choć spójnie. A tak - obsada tworzy spory dysonans.
Nie ma w tym filmie nic, co jest dobre, pozytywne.
Scenariusz jest po prostu fatalny.
Efekty specjalne... no... oldskulowe.
Gra aktorów... chyba sami widzieli, jaki będzie efekt i woleli zagrać źle.
Nawet największe problemy bohaterów nie wywołują żadnych emocji.
Polecam ten film wszystkim, bo od pierwszej do ostatniej minuty jest pomnikiem zmarnowanych pieniędzy, zmarnowanego potencjału i zmarnowanego czasu widza.
Razem z książką tworzą tandem doskonały - jeżeli ktoś ma ochotę, aby zmarnować dzień - proszę sięgnąć po dwa powyższe tytuły. To będzie fatalny dzień!
Zacznę od książki. Do małej biblioteki niedaleko mnie wybrałam się w piątek, aby znaleźć coś, co będzie lekturą na koniec wakacji - ostatni weekend długiego, studenckiego lenistwa miałam ochotę spędzić z porządnym kryminałem. Jako, że biblioteka jest niewielka, oszałamiającego wyboru nie było. Ale z półki wystawała kiczowata okładka o tytule "Kolekcjoner", autorki Alex Kava. Nie czytałam niczego spod jej pióra, ale na kilku blogach widziałam to nazwisko i postanowiłam zaryzykować.
Czy się opłaciło? I tak, i nie. Jeżeli chodzi o fabułę, wartkość akcji, suspens itp. to jest to najokropniejszy kryminał jaki kiedykolwiek przeczytałam. Co łączy piękną psycholożkę, prawdziwą WonderWomen, która rozwiązuje wszelkie niebezpieczne zagadki kryminalne, staje oko w oko z seryjnymi mordercami i zawsze wychodzi cało z każdej opresji... Także co łączy psycholożkę, lekarza wojskowego, który rozpracowuje śmiercionośnego wirusa u żołnierzy i co ich razem łączy jeszcze z lodówką pełną ludzkich części ciała, znalezioną w morzu, i ich wszystkich łączy jeszcze grupa ratowników, którzy lodówkę wyłowili oraz jeszcze ich wszystkich łączy przedsiębiorca pogrzebowy i jego tajemniczy znajomy z tej samej, ponurej branży i jeszcze na dodatek ich wszystkich łączy ojciec jednej z ratowniczek, który sprzedaje hot dogi??? No co ich wszystkich łączy?????
Odpowiedź jest strasznie prosta - nie łączy ich nic wartego uwagi. Wszystko, i postacie, i wydarzenia, są tak miałkie i bezjajeczne, że nuda, która wieje z początków książki staje się po prostu tornadem kiczu i żenady na samym końcu. Bo na końcu i logiki brak. Dlatego też książkę opłaciło się przeczytać, bo nie wiedziałam, że autorzy mogą pisać takie beznadziejne produkcyjniaki - wszystko śmierdzi schematem, postacie budowane są bez żadnego napięcia, nawet nie da się ich polubić... Wszystko tam jest po prostu złe:)
Idealnie skomponowanym w stylistykę DNA jest film, który wczoraj był nadawany na Polsacie - "Dzień, w którym zatrzymała się ziemia". Ten film ma naprawdę porządną obsadę i ta obsada zapewne kusi, mnie skusiła. Ale każda rola jest tak epicko zmarnowana, że przez to film jest jeszcze gorszy! Gdyby grali tam kiepscy, drugorzędni aktorzy - byłoby choć spójnie. A tak - obsada tworzy spory dysonans.
Nie ma w tym filmie nic, co jest dobre, pozytywne.
Scenariusz jest po prostu fatalny.
Efekty specjalne... no... oldskulowe.
Gra aktorów... chyba sami widzieli, jaki będzie efekt i woleli zagrać źle.
Nawet największe problemy bohaterów nie wywołują żadnych emocji.
Polecam ten film wszystkim, bo od pierwszej do ostatniej minuty jest pomnikiem zmarnowanych pieniędzy, zmarnowanego potencjału i zmarnowanego czasu widza.
Razem z książką tworzą tandem doskonały - jeżeli ktoś ma ochotę, aby zmarnować dzień - proszę sięgnąć po dwa powyższe tytuły. To będzie fatalny dzień!
sobota, 1 października 2011
Zwycięzca jest sam
Do "The Social Network: zabierałam się bardzo długo. Choć jest to film Davida Finchera, który obok Larsa von Triera jest moim ulubionym reżyserem, to odciągałam jego obejrzenie jak tylko się dało. A, że to film biograficzny... A, że o twórcy facebooka... Tyle razy oglądałam oscarowe filmy, które mnie rozczarowały, że jakoś w przypadku tego reżysera rozczarować się nie chciałam. O ja niewierna! Posypuję pokornie głowę popiołem.
Film już od pierwszych minut jest świetny, a jego temperatura wraz z rozwojem akcji tylko rośnie. Ani przez minutę nie dłuży się, powieki się nie kleją, a w głowie nie pojawiają się myśli: "spaaaać".
Główny bohater, Mark Zuckerberg, jest studentem Uniwersytetu Harvarda. W pierwszej scenie, w której zrywa z nim dziewczyna, wiemy już o nim wiele - ma naprawdę bardzo dziwną osobowość - jest arogancki, pyskaty, bardzo pewny siebie, wydaje się też być introwertyczny i zakompleksiony. Zdanie o nim nie zmieni się do końca filmu.
Po zerwaniu mści się na dziewczynie nazywając ją w swoim blogu "dziwką", kradnie z kont uniwersyteckich zdjęcia i tworzy coś w rodzaju rankingu - które zdjęcie dziewczyny jest ładniejsze. Strona po 4 godzinach przestaje działać, ale Mark wśród studentów staje się sławny.
Na bazie tej sławy trójka starszych kolegów zaprasza go do współpracy przy uniwersyteckim serwisie społecznościowym. Tyle że Mark wpada na pomysł facebooka, olewa tamtych i tworzy własny serwis.
Bardzo ważną postacią w tej prawdziwej historii jest kolega Marka, Eduardo Saverin. To właściwie jedyny kolega tego aroganckiego programisty. Od początku wierzy w facebooka, jest jego głównym sponsorem - pokrywa wszystkie wydatki. Jest naprawdę lojalny, oddany sprawie, choć ma inną wizję facebooka niż Mark. Facebook rośnie, zaczynają się nim interesować wielcy biznesmeni z wielkimi pieniędzmi, a Mark zostawia Eduardo na totalnym lodzie - Saverin podpisuje beznadziejną umowę, przez co za cały wkład finansowy i intelektualny należą mu się jakieś grosze. Tak, Mark to wielka świnia.
Ostatecznie Eduardo wygrywa rozprawę w sądzie i dostaje pieniądze, które mu się przecież należą, figuruje także jako twórca facebooka. Ja naprawdę nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego Mark, który przecież cały czas informował Eduardo o wszystkim, potraktował go w taki bezwzględny sposób.
Nie wiem, czy ta historia w sposób, w jaki ją opowiedziałam ciekawi, intryguje. Ale na ekranie ma nerw, pazur, i - co najważniejsze - wielkie emocje. Nie będę nawet wspominać o poziomie aktorstwa, zdjęć - wszystko jest perfekcyjne. Jako smaczek - Justin Timberlake w roli twórcy Napstera jest naprawdę świetny.
Na nadchodzące długie, jesienne wieczory film ten dla tych, którzy go jeszcze nie widzieli jest świetną, zapadającą w pamięć rozrywką, która ukazuje, że tylko geniusze są w stanie odmienić rzeczywistość, bo przecież facebook na zawsze zmienił oblicze Internetu, a kciuk uniesiony w górę i banalne słowa "Lubię to!" są równie popularne jak coca cola. Ale pokazuje też, że w tym świecie nie ma wiele miejsca na skrupuły. Chociaż... Mark cały czas rozpamiętuje dziewczynę, która z nim zerwała na początku i w ostatniej scenie zaprasza ją do znajomych. Oczywiście na fb.
Zwycięzca jest sam.
Tak. Bo zwycięzca jest wielkim dupkiem.
piątek, 23 września 2011
"Krótka historia mitu" czyli fundamenty naszego "dzisiaj"
Naprawdę bardzo rzadko ostatnio wpadają w moje ręce książki o tematyce naukowej, które nie są przeintelektualizowane. Rozumiem jeszcze, kiedy intelektualnym bełkotem posługują się magistrzy i doktoranci - muszą zabłysnąć, wykazać się - ogólnie ma być trudno i ciężko strawnie, bo wtedy jest hiper naukowa atmosfera, hermetyczna i nie tyle nie do przejścia, co po prostu nie da się zrozumieć o co chodzi. Ale żeby aż taki nawał takiej literatury?
Jakie było moje zdziwienie, kiedy otworzyłam dzisiaj książkę o mitach, czytam, czytam i... po godzinie skończyłam, wszystko zrozumiałam i miałam wielką ochotę na jeszcze. Mówię o eseju Karen Armstrong "Krótka historia mitu", który jest po prostu rewelacyjnie napisany. 140 stron nie czyta się, a pochłania.
W początkowym rozdziale "Czym jest mit?" autorka w prosty, ale szalenie trafny sposób opisuje potrzebę mitu już od czasów pradawnych, właściwie od zarania dziejów. Jaka jest istota mitów, na jakiej zasadzie one funkcjonują w społeczeństwach - że u pierwotnych ludzi porządkowały chaos, wyjaśniały zjawiska nieznane - ot, niby banalna prawda, ale potrzebowałam, kto zacząłby książkę właśnie od takiego prostego sposobu myślenia, bo ciągle przewalając sterty bełkotu, z którego niewiele rozumiałam, myślałam, że myślenia o mitach nie sposób pojąć.
Autorka ukazuje, jak bardzo ludzkości od zawsze był potrzebny mit. Przez zwięzłe referowanie całych tysiącleci okazuje się, że zmienia się wszystko, a tak naprawdę nie zmienia się nic (wiem, wiem, to też brzmi jak bełkot) - potrzeba mitu o narodzinach, śmierci, zejściu do piekieł i przezwyciężenia zła jest obecna w najdawniejszych cywilizacjach, a na tym micie oparte jest przecież chrześcijaństwo.
Mnie bardzo wzruszyły (tudzież poruszyły) mity pradawnych związane z Matką Ziemią - każde stworzenie było święte. Ludzie, przed zabiciem zwierzęcia, składały mu coś w rodzaju hołdu, przeprosin. Po zabiciu kości układali w pozycję embrionalną, aby mógł się ponownie narodzić.
Autorka wypowiada też słowa, że mit był dla pierwszych pokoleń czymś w rodzaju powieści i że my, współcześni, tworząc, czytając, pisząc, uczestnicząc w świecie kultury i sztuki również tworzymy swoje prywatne mity, jesteśmy częścią mitycznego świata.
Książka ta stanowi pozycję obowiązkową dla każdego humanisty, polecam bez względu na kierunek studiów czy zainteresowania, ponieważ ukazuje ona podstawy, fundamenty świata, w którym żyjemy.
Jakie było moje zdziwienie, kiedy otworzyłam dzisiaj książkę o mitach, czytam, czytam i... po godzinie skończyłam, wszystko zrozumiałam i miałam wielką ochotę na jeszcze. Mówię o eseju Karen Armstrong "Krótka historia mitu", który jest po prostu rewelacyjnie napisany. 140 stron nie czyta się, a pochłania.
W początkowym rozdziale "Czym jest mit?" autorka w prosty, ale szalenie trafny sposób opisuje potrzebę mitu już od czasów pradawnych, właściwie od zarania dziejów. Jaka jest istota mitów, na jakiej zasadzie one funkcjonują w społeczeństwach - że u pierwotnych ludzi porządkowały chaos, wyjaśniały zjawiska nieznane - ot, niby banalna prawda, ale potrzebowałam, kto zacząłby książkę właśnie od takiego prostego sposobu myślenia, bo ciągle przewalając sterty bełkotu, z którego niewiele rozumiałam, myślałam, że myślenia o mitach nie sposób pojąć.
Autorka ukazuje, jak bardzo ludzkości od zawsze był potrzebny mit. Przez zwięzłe referowanie całych tysiącleci okazuje się, że zmienia się wszystko, a tak naprawdę nie zmienia się nic (wiem, wiem, to też brzmi jak bełkot) - potrzeba mitu o narodzinach, śmierci, zejściu do piekieł i przezwyciężenia zła jest obecna w najdawniejszych cywilizacjach, a na tym micie oparte jest przecież chrześcijaństwo.
Mnie bardzo wzruszyły (tudzież poruszyły) mity pradawnych związane z Matką Ziemią - każde stworzenie było święte. Ludzie, przed zabiciem zwierzęcia, składały mu coś w rodzaju hołdu, przeprosin. Po zabiciu kości układali w pozycję embrionalną, aby mógł się ponownie narodzić.
Autorka wypowiada też słowa, że mit był dla pierwszych pokoleń czymś w rodzaju powieści i że my, współcześni, tworząc, czytając, pisząc, uczestnicząc w świecie kultury i sztuki również tworzymy swoje prywatne mity, jesteśmy częścią mitycznego świata.
Książka ta stanowi pozycję obowiązkową dla każdego humanisty, polecam bez względu na kierunek studiów czy zainteresowania, ponieważ ukazuje ona podstawy, fundamenty świata, w którym żyjemy.
piątek, 16 września 2011
Triumf kobiecości!
Wczoraj miałam okazję obejrzeć "Dziewczyny z kalendarza" i jestem zachwycona! Ale po kolei.
Najpierw krótki opis historii - mąż jednej z głównych bohaterek umiera na białaczkę i ostatnie chwile swojego życia spędza w szpitalu, w którym panują opłakane warunki. Załamana i tęskniąca wdowa, wraz ze swoją przyjaciółką, wpadają na pomysł, aby wydać kalendarz, na którym ona i jej koleżanki zostaną sfotografowane podczas wykonywania zwykłych czynności zupełnie nago. Dodajmy, że panie są już po pięćdziesiątce (te najmłodsze), a widok nagości osób w tym wieku w społeczeństwie przesiąkniętym kultem młodości stanowi swoiste tabu.
Teraz czas na refleksje. Najbardziej w filmie podobała mi się pierwsza część - kiedy panie wpadają na ten pomysł, szukają koleżanek, które zechciałyby wziąć w nim udział; gdy już wszystko jest mniej więcej ustalone, fotograf wybrany, należy po prostu ... zrzucić ciuszki! I ten widok nieidealnych ciał, zwisających piersi, zmarszczek jest po prostu cudowny - niby takich kobiet jest tysiące, a w ogóle nie postrzegają siebie, ani nie są postrzegane jako potencjalnie atrakcyjne. Kiedy z rumieńcem na twarzy pozują do zdjęć - widać, że sprawia im to wiele frajdy, łechce ich próżność i jest jednym z najprzyjemniejszych doświadczeń na tym etapie życia.
Film nie jest cukierkowy, ukazane są w nim problemy osobiste bohaterek - wdowa nie może poradzić sobie z utratą męża, cały czas za nim tęskniąc; jej przyjaciółka przez tworzenie kalendarza zaniedbuje rodzinę, a jej syn ma problemy z rówieśnikami; inną - zdradza mąż, jednak zamiast się załamać - wyrusza do Hollywood.
Jest ta angielska komedia naprawdę wyjątkowo urocza. Słodko - gorzka, bardzo zabawna i nie mniej miejscami wzruszająca (eh... ostatnio wszystko mnie wzrusza! Chyba robię się stara...). Jest też wielkim hołdem dla kobiecości - kobiety w niej są grubsze, chudsze, zadbane bardziej lub mniej - są po prostu bardzo normalne, nie mają nic wspólnego z tymi, które widzimy w amerykańskim kinie. Ale są przy tym bardzo pogodne, energiczne, nie bez wad, jednak po prostu nie da się ich nie lubić. Bardzo wyraźnie film pokazuje, jak bardzo kobiety potrzebują innych kobiet, jakie relacje je łączą - kobieta to zdecydowanie istota stadna:) Brytyjczycy naprawdę potrafią robić lekkie filmy, z powagą w tle.
Ukazano też w przeuroczy sposób angielską zachowawczość, ten typ ich temperamentu, uchodzący za stereotypowy - po ukazaniu się kalendarza, przy śniadaniu mąż, leciwy pan, mówi do żony: "Kochanie, twoje nagie zdjęcie jest w Daily Telegraph. Podasz mi bekon?". Jeszcze jak dodam, że cała ta historia wydarzyła się naprawdę, że jest oparta na faktach - no, ten film trzeba obejrzeć. Przede wszystkim niech kobiety zasiądą ze swoimi mamami, córkami, babciami, wnuczkami, kuzynkami, przyjaciółkami - i sycą się siłą, którą daje kobiecość.
Najpierw krótki opis historii - mąż jednej z głównych bohaterek umiera na białaczkę i ostatnie chwile swojego życia spędza w szpitalu, w którym panują opłakane warunki. Załamana i tęskniąca wdowa, wraz ze swoją przyjaciółką, wpadają na pomysł, aby wydać kalendarz, na którym ona i jej koleżanki zostaną sfotografowane podczas wykonywania zwykłych czynności zupełnie nago. Dodajmy, że panie są już po pięćdziesiątce (te najmłodsze), a widok nagości osób w tym wieku w społeczeństwie przesiąkniętym kultem młodości stanowi swoiste tabu.
Teraz czas na refleksje. Najbardziej w filmie podobała mi się pierwsza część - kiedy panie wpadają na ten pomysł, szukają koleżanek, które zechciałyby wziąć w nim udział; gdy już wszystko jest mniej więcej ustalone, fotograf wybrany, należy po prostu ... zrzucić ciuszki! I ten widok nieidealnych ciał, zwisających piersi, zmarszczek jest po prostu cudowny - niby takich kobiet jest tysiące, a w ogóle nie postrzegają siebie, ani nie są postrzegane jako potencjalnie atrakcyjne. Kiedy z rumieńcem na twarzy pozują do zdjęć - widać, że sprawia im to wiele frajdy, łechce ich próżność i jest jednym z najprzyjemniejszych doświadczeń na tym etapie życia.
Film nie jest cukierkowy, ukazane są w nim problemy osobiste bohaterek - wdowa nie może poradzić sobie z utratą męża, cały czas za nim tęskniąc; jej przyjaciółka przez tworzenie kalendarza zaniedbuje rodzinę, a jej syn ma problemy z rówieśnikami; inną - zdradza mąż, jednak zamiast się załamać - wyrusza do Hollywood.
Jest ta angielska komedia naprawdę wyjątkowo urocza. Słodko - gorzka, bardzo zabawna i nie mniej miejscami wzruszająca (eh... ostatnio wszystko mnie wzrusza! Chyba robię się stara...). Jest też wielkim hołdem dla kobiecości - kobiety w niej są grubsze, chudsze, zadbane bardziej lub mniej - są po prostu bardzo normalne, nie mają nic wspólnego z tymi, które widzimy w amerykańskim kinie. Ale są przy tym bardzo pogodne, energiczne, nie bez wad, jednak po prostu nie da się ich nie lubić. Bardzo wyraźnie film pokazuje, jak bardzo kobiety potrzebują innych kobiet, jakie relacje je łączą - kobieta to zdecydowanie istota stadna:) Brytyjczycy naprawdę potrafią robić lekkie filmy, z powagą w tle.
Ukazano też w przeuroczy sposób angielską zachowawczość, ten typ ich temperamentu, uchodzący za stereotypowy - po ukazaniu się kalendarza, przy śniadaniu mąż, leciwy pan, mówi do żony: "Kochanie, twoje nagie zdjęcie jest w Daily Telegraph. Podasz mi bekon?". Jeszcze jak dodam, że cała ta historia wydarzyła się naprawdę, że jest oparta na faktach - no, ten film trzeba obejrzeć. Przede wszystkim niech kobiety zasiądą ze swoimi mamami, córkami, babciami, wnuczkami, kuzynkami, przyjaciółkami - i sycą się siłą, którą daje kobiecość.
poniedziałek, 12 września 2011
Kat, ofiara i wszystko pomiędzy
Jak już wspominałam w jednym z poprzednich postów rekomendacje Michała Nogasia w cyklu "Trójkowy znak jakości" są dla mnie swoistym MUST HAVE. W piątek na antenie mówił o książce "Tarantula", którą napisał Thierry Jonquet. Z dziennikarskim profesjonalizmem zarysował tylko fabułę, już nawet nie intrygując potencjalnego czytelnika, ale niejako zmuszając go do przeczytania. Smaczku dodaje fakt, że Pedro Almodovar kręci film, którego scenariusz oparł na podstawie tej przedziwnej książki, o pięknym tytule "Skóra, w której żyję".
Ale wróćmy do książki, choć chyba powinnam powiedzieć - wróćmy do opowiadania, bowiem 124 - stronicową treść czyta się w niespełna dwie godzinki. Piękna Ewa, więziona przez chirurga plastycznego, który nią włada i kierowany nienawiścią zmusza do seksu z obrzydliwymi typami.
Jego córka, Viviene, która przebywa w zakładzie dla obłąkanych.
Zaginiony Vincent, kryminalista i jego kolega, Alex.
Wszystkich wiele łączy.
Nic nie jest takie, jakie się wydaje (ojej, jak pretensjonalnie to brzmi, ale to stuprocentowa prawda!)
Nie mogę niestety powiedzieć nic więcej, ponieważ pan Nogaś w audycji powiedział jedno zdanie za dużo i wielu rzeczy się domyśliłam, ale końcówka jest po prostu bombowa (dokładnie dobieram słowa - końcówka jest niczym bomba, absolutnie niespodziewana!).
Nie jest to najlepsze opowiadanie jakie czytałam, ale na pewno jedno z najbardziej zaskakujących i pokazujących bardzo ciężkie emocje (oraz dość ostrą erotykę, stąd dla widzów pełnoletnich i odpornych). Ale też ukazuje bardzo ciekawą relację kat - ofiara i to, co jest pomiędzy - jak łatwo zatracić się w zemście, zgubić miarę nienawiści by... na końcu przebaczyć, odwrócić role (bardzo chętnie podyskutuję z kimś, kto opowiadanie przeczytał lub przeczyta)
Naprawdę bardzo polecam, gdyż książka ma dokładnie almodovarowski klimat - dziwna, niepokojąca, o bardzo specyficznym pejzażu emocji. Z niecierpliwością czekam na film!
Ale wróćmy do książki, choć chyba powinnam powiedzieć - wróćmy do opowiadania, bowiem 124 - stronicową treść czyta się w niespełna dwie godzinki. Piękna Ewa, więziona przez chirurga plastycznego, który nią włada i kierowany nienawiścią zmusza do seksu z obrzydliwymi typami.
Jego córka, Viviene, która przebywa w zakładzie dla obłąkanych.
Zaginiony Vincent, kryminalista i jego kolega, Alex.
Wszystkich wiele łączy.
Nic nie jest takie, jakie się wydaje (ojej, jak pretensjonalnie to brzmi, ale to stuprocentowa prawda!)
Nie mogę niestety powiedzieć nic więcej, ponieważ pan Nogaś w audycji powiedział jedno zdanie za dużo i wielu rzeczy się domyśliłam, ale końcówka jest po prostu bombowa (dokładnie dobieram słowa - końcówka jest niczym bomba, absolutnie niespodziewana!).
Nie jest to najlepsze opowiadanie jakie czytałam, ale na pewno jedno z najbardziej zaskakujących i pokazujących bardzo ciężkie emocje (oraz dość ostrą erotykę, stąd dla widzów pełnoletnich i odpornych). Ale też ukazuje bardzo ciekawą relację kat - ofiara i to, co jest pomiędzy - jak łatwo zatracić się w zemście, zgubić miarę nienawiści by... na końcu przebaczyć, odwrócić role (bardzo chętnie podyskutuję z kimś, kto opowiadanie przeczytał lub przeczyta)
Naprawdę bardzo polecam, gdyż książka ma dokładnie almodovarowski klimat - dziwna, niepokojąca, o bardzo specyficznym pejzażu emocji. Z niecierpliwością czekam na film!
Subskrybuj:
Posty (Atom)









