piątek, 22 lutego 2013

Biegniemy do księgarni!

Ogłaszam wszem i wobec wszystkim książkoholikom, że w Weltbildzie jest wyprzedaż książek

                                                       MINUS 75 % !!! 

I ja dzisiaj w zawrotnej kwocie około 17 zł kupiłam Miłosza A. Franaszka, o której przeczytaniu marzyłam od momentu jej wydania, czyli dawna. Biegniemy, bo promo trwa do niedzieli, a klienci wychodzą ze stosami książek, więc pewnie w ostatnim dniu zostanie tylko Kurs szydełkowania dla zaawansowanych:)

wtorek, 12 lutego 2013

Chytruski zacierają ręce czyli łupy z wyprzedaży

Na wyprzedażach można szaleć nie tylko odzieżowo, ale także książkowo. Obłowiłam się przez ostatnie miesiące bardzo, chociaż większość z książek będzie musiała poczekać dopiero na wakacje, to, jak wiadomo, lepiej mieć niż nie mieć, a najlepiej to mieć za niewielkie pieniądze:)
Tak więc prezentację czas zacząć:

1. Piaskowa góra, Chmurdalia, Ciemno, prawie noc, Joanna Bator

Odkąd sięgnęłam po prozę Joanny Bator nie wyobrażam sobie bez niej mojej czytelniczej egzystencji. Uważam, że to najlepsza polska pisarka, która zostawia daleko w tyle konkurencję. Za każdym razem, gdy czytam te powieści, odkrywam coś nowego, wcześniej niezauważonego. Nie były w jakiś hitowych promocjach, kupiłam je, gdy w Matrasie była obniżka -25% na cały asortyment i to jedna z lepszych inwestycji, bo to takie powieści, do których chce się powracać, wciąż i na nowo.


Poniższe pozycje kupiłam w księgarniach Weltbild, w których mają teraz rewelacyjne promocje na książki i bibeloty. Polecam zajrzeć.


2. Trzy kobiety w dobie ciemności, Sylvie Courtine-Denamy

Opowieść o Hannie Arendt, Simone Weil i Edith Stein - ich losach od dzieciństwa, po tytułową dobę ciemności. Rzecz, którą czyta się wolno, ale do której chce się wracać. Świadectwo życia trzech wybitnych kobiet, wybitnych umysłów i osobowości. Cena: 20 zł.

3. Chłopiec z sąsiedztwa, Irene Sabatini

Powieść polecana przez blogerów, kupiona przeze mnie przez ciekawość. Cena: 20 zł.

4. Cyrk nocy, Erin Morgenstern

Jak wyżej. Cena: Około 20 zł, nie pamiętam już

5. Artur & George, Julian Barnes

To będzie moja pierwsza przygoda z prozą Barnes'a, jestem bardzo ciekawa. Cena: 7.90 zł

6. Cięcia, Dawid Kornaga

Kupiona wręcz prawie za darmo, zawsze z ciekawością podchodzę do młodej, polskiej prozy, ale częściej się wprowadza mnie w stan konsternacji, niż  zachwytów, zobaczymy jak będzie tym razem. Cena: Jakieś grosze, dosłownie

7. Skandal? Sztuka! Ute Schueler, Rita E. Taeuber

Przepięknie wydany album  za 10 zł. Grzech nie brać.

8. Cichociemni. Elita polskiej dywersji. Kacper Śledziński.

Kupił ją sobie mój Mąż, który bardzo lubi tego typu literaturę. Przepięknie wydana książka za 20 zł. Rewelacyjna propozycja na prezent.

9. Wielcy zdrajcy od Piastów po PRL. Sławomir Koper

Naprawdę świetna cena, książka obfituje w anegdoty i mnóstwo nieznanych faktów. Koper pisze bardzo ciekawie, miejscami nieco łopatologicznie, ale czyta się to jednym tchem. Cena: 20 zł

A w planach mam:

Andrzej Franaszek, Miłosz 
Moja wymarzona książka, czekam na taniość.

Anna Bikont, Joanna Szczęsna, Pamiątkowe rupiecie. Biografia Wisławy Szymborskiej.
Dla miłośnika poezji Wisławy Szymborskiej pozycja obowiązkowa.

Uwielbiam kupować książki, uwielbiam patrzeć na nie na regale, ale przede wszystkim i po prostu - uwielbiam je czytać. Słyszałam już nieraz, że książki świetnie służą jako mebel, bardzo ładnie wyglądają w salonie. Tak, na pewno. Dla mnie one są trochę czymś żywym, bardzo się do nich przywiązuję i nie lubię oddawać, jakaś koleżanka powiedziała mi kiedyś, że jeżeli mam dużo książek, to mogę je oddać do biblioteki. Od razu w myślach zagrzmiał bunt - co? moje książki? Na pewno nie!
Przy tych krótkich dywagacjach polecam notkę autorki miastaksiążek o własnej biblioteczce:

http://miastoksiazek.blox.pl/2013/02/Wlasna-biblioteka.html

poniedziałek, 11 lutego 2013

Obrazy z innego świata

Są takie filmy, które siedzą w głowie. Wczoraj obejrzałam "Wiedźmę wojny" i powiem szczerze, że ten film zdecydowanie taki będzie. Główna bohaterka ma 14 lat, kanwą narracji jest opowieść, którą snuje swojemu dziecku, niedługo przed narodzeniem. Akcja dzieje się w Sudanie, rozpoczyna ją porwanie dziewczyny przez rebeliantów, zmuszających ją do zabicia rodziców. Bo wojna dzieli ludzi bardzo prosto - na zmuszających i zmuszanych. Zmuszane do wojny są dzieci, które z karabinem w ręku wyglądają wręcz groteskowo. Zaszyci w dżungli służą jako mięso armatnie, pierwsza linia frontu. Główna bohaterka widzi jednak duchy zmarłych, które w porę ostrzegają ją przed niebezpieczeństwem. Jeżeli jednak Czytelnik spodziewa się jakiegoś horroru, albo chociażby klimatu z dreszczykiem - srogo się zawiedzie. Ten film jest bowiem bardzo naturalistyczny, w pewnym sensie ogląda się go jak dokument. Stawia wiele pytań, chyba bez odpowiedzi. Najlepsze z pytań - o co jest ta wojna? Oglądając wiadomości ze świata możemy się tego domyślić, ale obraz niczego nie rozstrzyga i moim zdaniem jest to genialne posunięcie - powody wojny dzieci omijają,  dla walczących chyba nawet one nie są istotne, gdzieś przepadają po drodze, czyniąc z rebeliantów karykaturalne postaci z karabinem.

Jest to mocna rzecz, która pozbawia nadziei, ale jednocześnie jej dostarcza. W świecie wszechobecnej krzywdy jest miejsce na takie wartości jak miłość i bezinteresowność. Ale rzeczywiście, wartości tych trzeba szukać bardzo głęboko.

Polecam, takie kino wstrząsa, wytrąca z letargu, każe spojrzeć światu na inne niż zachodnie modele życia i inne niż zachodnie problemy. Nie jest jednak publicystyczny, to pasjonująca historia młodej dziewczyny, bardzo przekonująco zagrana, przepięknie zmontowana - zdjęcia są po prostu świetne. Nic dodać, nic ująć i przyjąć lekcję - częściej włączać Ale kino!.

piątek, 25 stycznia 2013

Jak przeżyć sesję na drugim biegu

Drugi kierunek studiów uświadomił mi między innymi, że studia to ostatni czas szczenięctwa. Jakkolwiek banalnie to brzmi, taka jest prawda. Mój poprzedni kierunek przejechałam na piątym emocjonalnie biegu - każdy z egzaminów przypłaciłam wielkim stresem, nieprzespaną nocą (a nawet kilkoma), ściskiem w żołądku itp. Filozofia przynosi mi nieporównywalnie więcej frajdy, bo widzę, że nie ma się co tak spinać. Nie mam złudzeń - papierek magistra filozofii do niczego mi się nie przyda, robię to tylko i wyłącznie dla siebie. Dlatego podchodzę do tego dużo bardziej na ludzie, zamiast na ocenach skupiając się na relacjach, ludziach, i - przede wszystkim - lekturach, pasjonujących, zupełnie innych niż literaturoznawcze.

Polecam wszystkim studentom, którzy tak jak ja się spinali (bo nie mówię o balangowiczach, oni to wiedzą od dawna) - wyluzujcie. To naprawdę niesamowity okres i wyjątkowa, intelektualna przygoda. Piąty emocjonalny bieg jest wręcz niestosowny. Teraz każdy przedmiot wydaje mi się przygodą, każda praca - nawet ewidentnie pisana na "odwal się, doktorku" - eksperymentem formalnym, każdy egzamin - fascynującym sprawdzianem z wiedzy przede wszystkim o sobie samym, ale też - możliwość obcowania z autorytetem. Przecież egzaminator nie jest jakimś leszczem, kimś bez znaczenia - ile będziemy mieć okazji, żeby porozmawiać z kimś niesamowicie interesującym, kto poświęci tylko nam kilka/kilkanaście minut? I naprawdę, z perspektywy czasu, KOMPLETNIE NIE WIERZĘ W EGZAMINATORÓW, KTÓRZY CHCĄ KOGOŚ ULAĆ. Tak, słyszymy takie historie, ale to baaardzo sporadyczne przypadki, wyjątki. A studenci, którzy twierdzą, że powiedzieli wszystko, co było na temat i dostali dwa, najczęściej po prostu powiedzieli wszystko, co wiedzieli - na dwa.

Ten post to moja osobista afirmacja czasu studenckiego. Dopiero teraz sprawia mi to frajdę, staje się przygodą, uważam, że każdy przedmiot jest ważny.

Nie ma co wrzucać na emocjonalną piątkę, wystarczy drugi bieg i odrobina zadowolenia, że miejsce, w którym jestem, jest odpowiednim miejscem. To powiedziałam ja, Maria Margaryna, i wznoszę toast za studentów, i za sesję - cheers! pamiętajcie - każdy moment tego okresu będziecie rozpamiętywać przez resztę lat i opowiadać dzieciom!

czwartek, 3 stycznia 2013

Mroczna baśń zwana życiem.



Książka, o której będę dzisiaj pisać wywołała bardzo dużą przychylność wielu blogerów, dlatego też znalazła się na mojej czytelniczej liście. Mowa o Żonie tygrysa autorstwa Tei Obreht.


Nie jest to powieść, którą ledwo się zaczyna, a już kończy, gdzie strony mijają lawinowo. Wchodzi się do niej powoli, lecz później rzeczywiście wykreowany świat hipnotyzuje, uwodzi, nie każde się oderwać.
Nie będę zdradzać fabuły, z resztą nie jest ona najważniejsza. Wydaje mi się, że autorka pragnęła ukazać świat, którego już dawno nie ma, a także tragiczne losy swojego kraju i ludzi w nim mieszkających pokrzywdzonych przez wojnę. Żona tygrysa to powieść naprawdę wyjątkowa, nieco mroczna, ale jednak dająca nadzieję. Wydawca na okładce pisze, że ta książka spodoba się każdemu, kto w dzieciństwie czytał bajki. I rzeczywiście, wydawca nie kłamał, ale moim zdaniem nieprecyzyjnie się wyraził, bo nie bajki, a baśnie. Najważniejsze jest to, co poza słowem, a co ciężko nazwać - klimat tej powieści, przesyconej magią, miłością i śmiercią.

Czytając Żonę tygrysa przychodziły mi na myśl pewne podobieństwa do powieści Olgi Tokarczuk Prawiek i inne czasy - scalanie przez obie autorki przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, ukazywanie magicznej strony życia, fascynacja tym, co już było i odeszło bezpowrotnie, a także dopuszczanie wielu bohaterów do głosu, ukazanie, że każda narracja jest warta uwagi i wysłuchania, że każdy bohater i każda historia są ważne.

Bardzo gorąco polecam Żonę tygrysa, piękna książka.
Uwagą na marginesie będzie obraz wojny, która jest absurdalna, ludzie wobec niej - mali, przerażeni, kompletnie zdezorientowani. Taki obraz wojny, bezsensownej, wydaje mi się obrazem najbardziej realistycznym.

No i dygresja na koniec - z tą książką żegnam się na razie z fabułą. Niestety, styczeń, więc sesja, bardzo dużo nauki w kolejnych miesiącach. Czeka na mnie cały stosik książek, min. Trzy kobiety w dobie ciemności, 81:1. Opowieści z Wysp Owczych, Amatorki), ale chyba będę czytać tylko kilka stron dziennie, chlip chlip. Trzeba być poważnym badaczem, a nie nałogowym czytelnikiem - wmawiam sobie taką bezsensowną maksymę. Na szczęście Żona tygrysa była świetnym zakończeniem grudnia, najlepszego miesiąca czytelniczego w mojej karierze czytelnika.

piątek, 28 grudnia 2012

Grafomański lans, literacka prostutucja

Właściwie nie ma się nad czym rozwodzić i rozpisywać. Z wielkiej ciekawości sięgnęłam po książkę Limonova, którego literacką biografię autorstwa Emanuela Carrere prezentowałam na blogu. Padło na To ja, Ediczka, co okazało się kompletnym literackim fiaskiem. Autor jest skandalistą przez małe "s", szokuje na siłę i - co zdecydowanie najgorsze - robi to w okropny literacko sposób. Fabuła toczy się wokół pobytu Limonova w Stanach, jego nędzy, wzlotów i upadków. Wulgarna, obsceniczna, a do tego kompletnie nieinteresująca.

Naprawdę nie mam nic przeciwko scenom erotycznym w literaturze, nawet w wersji hard, ale niech to czemuś służy, niech to coś ukaże - nawet, jeżeli (jak w przypadku prozy Houellebecqa) będzie to diagnoza demaskująca relacje międzyludzkie, ukazująca, ich beznadziejność i rozpaczliwość. Ale opisy "wkładania twardej pały w dupę Murzyna i ruchania go do rana" naprawdę nie są szczególnie ekscytujące. No, chyba, że z wypiekami na twarzy czyta się coś w stylu "Pięćdziesiąt twarzy Greya" i chce się nastawić literackie opisy na wersję hard, wtedy proszę bardzo.

Biografię autorstwa Emanuela Carrere polecam jak najbardziej, bo ukazuje tak niejednoznaczną postać jak Limonov z wielu płaszczyzn, bez taryfy ulgowej i brązowienia, jednakże wyżej wymienioną powieść radzę omijać z daleka.

czwartek, 27 grudnia 2012

Filmowy pakiet nieidealny

Jako, że święta to najlepszy czas na lenistwo, oglądaliśmy z Mężem cały dzień filmy, z czego relacja poniżej.

Igrzyska śmierci 

Hm. Sama nie wiem co o tym filmie sądzić. Włączyliśmy go, ponieważ Małżon miał ochotę na jakąś przygodówkę, a ja poszuałam czegoś, co ma w miarę dobre recenzje i... oboje się troszkę zawiedliśmy. Znaczy sam obraz nie jest zły, ale kompletnie nie mogłam uwierzyć w serwowaną sytuację - że niby istnieje państwo, w którym co roku organizuje się igrzyska, gdzie młodzi ludzie mają się wybijać nawzajem????? Jest to tak absurdalne, że przesłaniało całą ewentualną przyjemność z oglądania typowych "przygodówek, siekaczy mózgu" - ten film był bowiem w pewnym sensie dramatem, tragiczną historią młodych ludzi. Pod tym kątem naprawdę mnie przejął - ale i to tylko połowicznie. Trwa grubo ponad dwie godziny, a jest... miałki, nudny, bezjajeczny. Nie powiem, żeby to były całkiem stracone dwie godziny, ale ani to rozrywka, ani dobrze skonstruowany dramat. Jedyne, co mi się naprawdę podobało, to główna bohaterka - Jennifer Lawrence jest po prostu świetna, bardzo wiarygodna. Zwłaszcza jej relacje z jej przyjacielem/chłopakiem - czy naprawdę coś do niego czuła, czy to była tylko gra? Bardzo dobrze przedstawiona postać, ale ogólnie filmu nie polecam - za długi, przegadany, a mimo to - miałki.

Skóra, w której żyję 

Z kinem Almodovara mam taki problem, że nie wywołuje ono we mnie żadnych emocji. Ponoć tego reżysera albo się kocha, albo nienawidzi. Mnie przez to jego twórczość wciąga w odmęty kompleksów, bo nie widzę w niej niczego nadzwyczajnego, odwołań, aluzji - może jestem za głupia? (Dlatego właśnie skłaniam się ku temu, żeby filmy Almodovara jednak nienawidzić - a co, jeżeli jestem na nie za głupia?). W każdym razie "Skórę, w której żyję" potraktowałam jako ekranizację książki "Tarantula", o której pisałam tutaj. Na niewielu ponad 120 stornach pisarz potrafił odmalować tak dziwną i niejednoznaczną relację, która wchodzi pod skórę, ryje się w pamięci. Film, niestety, taki nie jest. Zabrakło najważniejszego - intrygującej interakcji pomiędzy głównymi bohaterami, w której zacierają się granice kat-ofiara, gdzie to, co dzieje się pomiędzy jest dużo, dużo bogatsze. Właściwie to postawa głównego bohatera mnie rozczarowała, ale dlaczego, przemilczę, by nie psuć efektu. Jednakże aktorka grająca Verę jest tak śliczna, że chyba dla niej warto obejrzeć ten film. Chociaż, co jest właściwie banałem - książka jest o niebo lepsza.

Dlaczego nie!

Naprawdę nie lubię się pastwić nad polskim kinem romantyczno-rozrywkowym, ale co zrobić, kiedy nie ma wyjścia? Film "Dlaczego nie" jest naprawdę najgłupszą rzeczą jaka kiedykolwiek została zrobiona, nawet kiedyś omawiana przeze mnie "Randka w ciemno" była lepsza. Np. taki epizod: główna bohaterka, dziewczyna z prowincji, była na rozmowie kwalifikacyjnej w agencji reklamowej, nie dzwonią do niej, więc ona co? Ona chce się spotkać z prezesem, aby sprawę wyjaśnić, ponieważ zaszła pomyłka i muszą ją zatrudnić. Już nawet nie będę dalszych epizodów przytaczać, bo oglądałam z 20 minut tylko, ale to było straszne, przerażające i głęboko żenujące 20 minut. Nie rozumiem, po prostu nie rozumiem jak można coś takiego produkować, czy jest ktoś, kto może powiedzieć, że ten film był dobry? Wiem, że o gustach się nie dyskutuje, ale to prawdziwa sieczka, w dodatku fatalnie zagrana. Masakra.

Ojciec chrzestny 

Na ten film i książkę zostawię sobie miejsce w osobnym wpisie. Powiem tylko jedno - kto nie widział i nie czytał - musi nadrobić.